twierdzę , wątpię , pytam
czwartek, 30 marca 2017
podział obowiazków

Pierwszy raz odczułam, że Lolka się wyprowadziła, kiedy nie mogłam znaleźć żelazka. (Po co mi było żelazko???) Zadzwoniłam więc z grzecznym pytaniem:

-  Córuś, gdzie jest żelazko?

- Mamuś, ja tam nie mieszkam od roku – westchnęło dziecko, zmęczone najwyraźniej pytaniami o miejsce pobyty przeróżnych rzeczy

-  Kochanie, ale w ogóle to mamy żelazko, tak?

- Mamy, matko moja jedyna, nie zapomniałabym o nim przy przeprowadzce, bo to bardzo dobre ruskie żelazko. Ciężkie i samo prasuje.

Drugi raz odczułam, że Lolka już ze mną nie mieszka, kiedy przechodząc obok lustra poczułam coś dziwnego. Jakby błąd w matrixie.  Lustro zasadniczo powinno pokazywać odbicie, to jego praca, tak? Otóż moje się zbuntowało i przestało odbijać a zaczęło przedrzeźniać. Spróbowałam łagodnie przemówić, że z takimi ambicjami to niech idzie do cyrku pracować, ale pozostało niewzruszone. Postanowiłam umyć. To nie był dobry pomysł, bo okazało się, że mam więcej zmarszczek niż myślałam. Zadzwoniłam do córki z pretensją. Że mnie rozpuściła i że nie lubię luster. Ona na mnie systematycznie fuka, że zawyżyłam jej standardy czystości podłóg (no heloł, po podłodze chodzę bosą stopą) ale tym razem się uśmiała i obiecała, że jak przyjedzie to umyje mi okno.

- Nie! Absolutnie! Albo umyjesz mi wszystkie albo nie tkniesz żadnego – zreflektowałam się w sekundę – przecież jak umyjesz jedno to ja zobaczę różnicę.

 

 

 

 



poniedziałek, 10 października 2016
buzia w ciup czyli morda w kubeł

Rzecz będzie o przeklinaniu, bo mnie zainspirowała moje-waterloo. Bardzo się z nia zgadzam i chciałabym dorzucić trzy grosze.

Czy ja klnę? I owszem czasem klnę a nawet przeklinam. Uwielbiam język polski we wszystkich jego barwach i staram się używać adekwatnie do sytuacji. A sytuacja czasem zobowiązuje.

sytuacja 1

Moja Mamut klęła przepięknie a mi zabraniała używać nawet słowa "cholera". I ja przy Mamucie zaklęłam raz. Pisałam o niej wielokrotnie, wiecie, że była Dyktatorką. Gdyby była władczynią małego państewka, to panowałby w nim porządek idealny z egzekucją raz w tygodniu dla przykładu.

Otóż ta Mamut jechała kiedyś ze mną samochodem ze Słupska. W Słupsku byłyśmy z kilkudniową wizytą, gdzie odgrywała rolę idealnej babci pachnącej szarlotką, co musiało ją zmęczyć. W samochodzie zaczęła mi gadać. Nie rozmawiać, nie mówić do mnie, tylko gadać.

- Po co ty te światła palisz, jasno jest?

- Obowiązek jest

- Czemu ty do Torunia jedziesz? Ja nie chcę do Torunia? 

- Mamo, do Olsztyna jadę.

- Ty nie rób ze mnie głupiej ja wyraźnie widziałam, że tam było napisane Toruń.

- Droga na Toruń, ale potem skręcimy do Olsztyna

Kilka minut później przy kolejnym drogowskazie, dostała jakiegoś zaćmienia i włączył jej się LAMENT.

- Co za dziecko, zupełnie mnie nie słucha, mówię, że do domu, a ta mnie do Torunia ciągnie i jeszcze kłamie, myśli, że ja głupia jestem, światła włączyła, jakby ślepa jakaś była. Ślepa i głucha i mogę tak mówić jak do ściany, dlaczego mnie bóg tak pokarał? 

- Mamo, ja cię bardzo proszę, nie denerwuj mnie. Daję Ci słowo, że jedziemy do domu, najkrótszą drogą a światła nie ciągną paliwa. 

- Wszyscy jadą bez świateł tylko TA ma fanaberię. Paliwa nie ciągnie, akurat, Czesiek mówił, że ciągnie

- Wszyscy jadą na światłach a Czesiek nie mówił, że ciągnie - starałam się być spokojna, ale łatwo nie było

- Czwarte: Czcij ojca swego i matkę swoją. To taki straszny grzech matkę okłamywać, ale ona boga w sercu nie ma i prawdy nie lubi.  I czego ja się doczekałam za moje matczyne serce? "Nie denerwuj"! Do matki. Zupełnie bez szacunku. I ja tak mogę jak tym grochem o ścianę. Się nie będę odzywać, bo mi "nie denerwuj" powie. Słówkiem się nie odezwę, ale ona jeszcze zobaczy. Jak ja oczy zamknę, to jej wtedy matki zabraknie. I pożałuje, że mnie do Torunia  wlokła.

I tu moi drodzy czerwona zasłona spadła mi na oczy. Zatrzymałam się akurat na stacji benzynowej, otworzyłam jej drzwi i rzuciłam krótko:

- Wypierdalaj

Ona wysiadła, ja odjechałam. Zawróciłam po kilkunastu kilometrach. Byłam przygotowana na płacz i histerię. Miałam przygotowaną mowę, że prowadzę, że mogę spowodować wypadek jak będzie tak gadać. Byłam gotowa przysięgać i przepraszać. Zajechałam pod stację. Wyszła z kawą i zakupami.

- Kupiłam Ci batonik, do łazienki nie chcesz? Czysto tu mają- zaszczebiotała jak gdyby nigdy nic.

Do samego domu była aniołem i nigdy przenigdy nie wypomniała mnie tego "wypierdalaj". A była mistrzynią wypominania. To, że nie odrabiałam w szóstej klasie pracy domowej z matematyki wypominała mi dwanaście lat.

sytuacja 2

Moje dziecko długo wierzyło, że od przeklinania się się brzydnie (tak, wmawiałam dziecku takie rzeczy, ale w końcu o czymś kiedyś musi psychoterapeucie opowiadać). Potem ją chciałam wrobić w "treotralwe" lub "motylą nogę" ale się nie przyjęło. W trzeciej klasie podstawówki od Wojciecha Jagielskiego w jego programie Lolka usłyszała słowo "kuźwa" i użyła przy matce. Znaczy przy mnie, bo ona się nie kryła przede mną z emocjami. 

- Córeczko najdroższa - powiedziałam jej - nie ma takiego słowa jak "kuźwa". Nie ma też słów "kurna", "kufa" czy inna "kuuuuwa".  Język polski jest piękny i nie nie ma żadnego powodu, żebyś zniekształcała tak piękny wulgaryzm jak "kurwa". W pisowni przez "u" otwarte. "Chuj" też "u"  otwarte i "ce-ha". I ja cię bardzo proszę, jeśli już musisz zakląć,  to klnij poprawnie po polsku i bierz za to odpowiedzialność. Te wszystkie  "kuźwy" i "kufy" to są śmieci, a ja nie zniosę zaśmiecania języka. Wulgaryzmów nie używaj  zamiast przecinka w zdaniu, ani wtedy kiedy nie wiesz, co powiedzieć. "Kurwa" ma podkreślać emocje, ma język wzbogacać a nie zubażać.

Lolka sobie wykład do serca wzięła i klnie poprawnie, w kontekście i w sytuacjach. Czasem mnie denerwuje ale odpuszczam jej. A raz nawet byłam dumna. Kiedyś, przy mojej znajomej, zagapiła się i wlazła w ogrodzenie. Nabiła sobie guza, stłukła okulary i zaklęła szpetnie:

- No, kurwa! Drugie okulary!

Znajoma się zgorszyła i postanowiła ją pouczyć

- Ach, jak nieładnie! Grzeczne dziewczynki nie przeklinają!

- Ja przeklinam - powiedziała spokojnie Lolka

Synowie znajomej, zwracali się do siebie pieszczotliwie "spadaj, cwelu", do dziewczynek mówili "ssij mi", co było komentowane czule:

- To tylko chłopcy. Wyrosną.

Nie sądzę. 

sytuacja 3

Klnę na polskich serialach. Ostatnio oglądałam z Lolką odcinek "Prawa Agaty".  Córka poszła zrobić kawę a tymczasem na ekranie:

Facet, którego Agata uważa za przyjaciela, robi coś za jej plecami i wbrew jej  woli, bo uważa, że tak będzie dla Agaty lepiej. Kiedy sprawa wychodzi na jaw, ona mu mówi : "Mówiłam Ci, że tego nie chcę" i wychodzi. On wychodzi za nią i urażonym tonem mówi:

- Agata, co ty wyprawiasz? - najwyraźniej oczekując podziękowania

- Co JA wyprawiam? - pyta zdziwiona Agata

- Spierdalaj - odpowiadam mu głośno ja i od razu wołam do córki w kuchni - Ty słyszałaś, co on jej powiedział??? Powiedział " Agata, co ty wyprawiasz?"!

- Niech spierdala - odkrzykuje moja nać.   

 

Epilog

I tu podkreślę, że ja owszem klnę i dziecko kląć nauczyłam, ale wulgarności unikam. Nie używam "kurwy" jako obelgi, nigdy, ani jako argumentu. Czasem nazywam facetów "chujami" ale wierzcie mi tylko wtedy, gdy zasługują. Nie lubię słów "wyjebane" i "zajebisty" i całej rodziny słowa "jebać". Unikam. Pozwalam sobie na "pierdolenie" i "spierdalanie" plus pochodne ale nigdy w związku z seksem. Bywam "wkurwiona" i "kurwuję" (ostatnio częściej, bo śledzę to, co się w kraju dzieje) Znacznie rzadziej niż znani mi mężczyźni na tzw. poziomie. Bo soczysta "kurwa mać" w ustach faceta jest jak cygaro a kobiecie "nie przystoi". 

Mnie nie zgorszyło hasło "moja cipka to nie twoja broszka". Zgorszyło mnie nazwanie protestu przeciw barbarzyńskiej ustawie  "marszem czarnych cip". Oburzanie się na dosadny język kobiet jest próbą dyscyplinowania nas i odsyłania na "swoje miejsce". To miejsce, w którym "grzeczne dziewczynki nie przeklinają".

- Ja przeklinam


   

      

czwartek, 22 października 2015
aktualności

Tak dawno nie pisałam, że mi reklamę na blogu wcisnęli, jak widzę. Jednych absorbuje pies, innych szydełkowanie a mnie oczywiście filmy. Jesień przyszła tak zachwycająca kolorami, że kupiłam sobie włóczkę w jej kolorach, podglądam i komponuję jakieś poncho. Jak skończę to się pochwalę. Jak nie, to nie:).

Lolka chciała skorzystać z praw obywatelskich i poszła do urzędu miasta w Gdańsku, żeby się dopisać do listy wyborców. W urzędzie super nowoczesny numerkowy system zarządzania kolejką. Nie będę kląć tylko powiem, że straciła w kolejce dwie godziny i odpuściła, bo zanosiło się na kolejne dwie. Nie dlatego, ze był dziki tłum petentów, tylko dlatego że było mnóstwo "pustych" numerków, które trzeba było przeczekać.

Nie, nie można było wejść na pusty numer, bo "się bałagan zrobi".

Lolka rzadko płacze, ale puściły jej nerwy w bezsilnej złości. Zadzwoniła do mnie. Poszłam do olsztyńskiego ratusza, do którego jeszcze nie dotarła nowoczesność, odebrałam w imieniu córki zaświadczenie o prawie do głosowania i wysłałam priorytetem. Jak poczta się spisze, to dziś dojdzie. W ratuszu spędziłam 3 minuty, na poczcie drugie 3. Można.

Z moich rozlicznych doświadczeń z urzędami wyciągam wnioski takie, że chory system chorym systemem, ale czynnik ludzki ma największe znaczenie. Człowiek wszystko może ułatwić lub utrudnić pozornie robiąc to samo.

A na moim podwórku zawodowym zmiany. Nie, nie zmieniam pracy. Sama nie mogę w to uwierzyć, że to już piaty rok w tej samej firmie. Zwykle po trzech latach zaczynała mi się woda w tyłku gotować. Firma ta sama, ale nie taka sama. Zmiana siedziby, zwiększenie zatrudnienia, reorganizacja. Duży krok do przodu. Duży, absorbujący ale też inspirujący. Na początku roku zapadła decyzja, że potrzebna mi asystentka. Po trzech dziewczynach, które się nie sprawdziły niemal straciłam nadzieję. Odejście czwartej przyjęłam już ze stoickim spokojem. Piąta została i się sprawdza. A taka była nierokująca na pierwszy rzut oka, że łatwo ją można było przegapić. Zaczynam się przyzwyczajać do tego, że MAM pomoc. Na potrzeby bloga nazwę ją F.K. - bo chyba nie raz będę o niej pisać.

Filmowo to staram się trzymać rękę na pulsie. O WAMA Festiwalu w Olsztynie napiszę oddzielnie , ale już teraz mówię, że impreza jest naprawdę fajna i przyzwoicie zorganizowana. W przyszłym roku zapraszam. Teraz sobie organizuję wolne na festiwal filmowy Pięć Smaków  w Warszawie, bo się interesująco zapowiada. Poza tym wciąż kocham bollywood i od początku oglądam "Supernatural". Wrażeniami dzielę się z córką na bieżąco.

Po obejrzeniu odcinka w którym Castiel cofnął Deana w czasie i ten poznał swoja mamę i dziadków (małgoś, ty będziesz wiedziała o co chodzi) wysłałam córce SMS:

- Są łowcami po mamusi. Ten ich przypadkowy tatuś John, to tępa dzida.

i dostaję odpowiedź:

- Wszystko co najlepsze dziedziczy się po mamusi.

 

 

Kurtyna.

 

 

poniedziałek, 20 kwietnia 2015
M jak mieszkanie

Sprzedałam dom. Emocjonalnie kosztowało mnie to bardzo dużo, bo to był mój rodzinny dom i pierwszy mój własny. Kopalnia wspomnień, zdarzeń kluczowych i tych mniej ważnych. Urodziłam się tam, wychowałam tam najlepszą córkę na świecie, posadziłam drzewa w ogrodzie, pochowałam kota Kłopota pod leszczyną. Kosztował 30 lat życia.

Sprzedałam ludziom, którzy ten dom pokochali i dlatego boli jakby mniej.

Moja była szefowa mawiała, że pierwszy mąż, dom i samochód są "na brudno". No to chyba mogę zaczynać "na czysto" :).

Kupiłam mieszkanie w Olsztynie. Nie piszę, bo zajęta jestem oswajaniem. Mieszkanie mnie wybrało i to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Ale wiem, że pokocham je z czasem, bo widzę potencjał. 

No i na nowe mieszkanie przybłąkał się kot. A właściwie kotka. Ktoś znalazł kilkunastoletnią przybłędę na ulicy i zaniósł do schroniska. W schronisku było kotce tak źle, że trafiła do domu tymczasowego. Ogłoszenie o szukaniu człowieka dla kota przyniosła Lolka z biblioteki. No i wrobiła mnie.

Kotka powiedziała, że ma imię Helena (na drugie Zuzanna) i że właściwie już ma dość i wszystko jej jedno. Kilka tygodni trwało zanim nieśmiało zaczęła się czuć jak w domu i pozwoliła mi być jej człowiekiem. 

Wczoraj koordynatorka ze schroniska przyszła na inspekcję zwaną "jestem akurat w pobliżu, czy mogę odwiedzić kotka". Helena się zestresowała na kanapę. Trzeba jej było wytłumaczyć, że nikt jej zabierać i przenosić nie zamierza. Gawędząc z panią Ewą, przyznałam się, że kota nie planowałam i zostałam wrobiona przez córkę.

- Ale chyba pani nie żałuje? - zapytała inspekcja ze strachem - nie zamierza jej pani oddać?

- Córki też nie planowałam i nie żałuję - odpowiedziałam uspokajająco.

No ja nie wiem, czy zdałam.

 

 

poniedziałek, 02 marca 2015
boski pierwiastek

Jestem bogiem.

Jednym bogiem ale w trzech osobach. Bóg Matka, Boska Córka i Duch święty. Wspólnymi siłami tychże trzech osób boskich dokonałam cudu i zaprawdę powiadam wam do nieba wstąpię. Trójkami. 

Ale od początku:

Otóż w moim rodzinnym Orłowie, kiedy jeszcze mieszkałam z Mamutem, kwestią telefonu, internetu i rachunków zajmowałam się ja a właścicielką telefonu była Mamut. Przepisanie go na mnie wymagało czasu i kosztów ze względu na jakieś wiecznie promocyjne umowy. Ustanowiłam się pełnomocniczką  i funkcjonowało bez zarzutu.

Prawie trzy lata temu przeniosłam usługę na olsztyński adres. Potem nastąpiło trzęsienie ziemi, przeprowadzka, umarła Mamut, miałam dużo pracy, studia, trzy zakręty, rozsypałam się i pozbierałam. Internet mi działał, telefonu nie używałam. Rachunki płaciła Loka ze swojego konta, bo ja w takich kwestiach nawalam. (Spóźniam się, zapominam, mylę rachunki, płace niewłaściwe kwoty itp. Lolka jest odpowiedzialna i zorganizowana)

W październiku zeszłego roku, przez zupełny przypadek (awaria była i dzwoniłam do pomocy technicznej) dowiedziałam się, że mam jakiś wypasiony pakiet telewizyjny z pierdyliardem kanałów, na który  moja mama podpisała super promocyjną umowę i związała się nią do końca 2015 roku. Poświęciłam się, udałam się do salonu i poprosiłam o pokazanie mi tej umowy, którą podpisała moja Mamut rok po swojej śmierci. Umowa była "w systemie" ale na papierze nikt mi jej nie umiał odszukać. A może nie chcieli jej szukać, bo moje pełnomocnictwo okazało się „niewidoczne”. Nie chciałam wojny tylko załatwienia sprawy. 

Zakończyłam umowę Mamuta przedstawiając  akt zgonu, podpisałam umowę na sam Internet, bez telewizji i bez telefonu jako ja.  Adres usługi ten sam i nawet obyło się bez problemów.  

Zapomniałam o całej sprawie do zeszłego weekendu, kiedy to odłączono mi internet. Bez jednego strzału ostrzegawczego. 

Znacie ten monolog Stuhra? On nie jest śmieszny.

Pomoc techniczna dała mi słowo honoru, że na łączach jest bezawaryjnie i zasugerowali, żebym sprawdziła płatności. Dałam technicznym słowo honoru, że z płatności są robione z podziwu godna regularnością.

Zadzwoniłam do córki z pytaniem formalnym,  retorycznym wręcz

- Zapłaciłaś, córuś? 

- Zapłaciłam, mamuś – padła odpowiedź jedyna słuszna.

„Już byłam w ogródku, już witałam się z gąską”,  kiedy mnie tknęło...

- Kochanie, w październiku zmieniłam umowę. Mówiłam ci? Na jakie konto zapłaciłaś? 

- Mamo! Kiedy zmieniłaś umowę??? Ja cały czas płacę na konto babci. 

-…

No co miałam powiedzieć? W sekundę zrozumiałam, że mam niezły rebus do rozwiązania.   

 

Moje schody zaczęły się w momencie, kiedy infolinia a zażyczyła sobie wystukania „numeru, w sprawie którego dzwonię”. "Stary" numer mamy wysadzał mnie w kosmos a ja numeru telefonu nie posiadam. Musiałam się dodzwonić do człowieka, bo żadna z opcji automatycznej obsługi klienta nie przewidziała sytuacji, w której płaci córka, właścicielem jest matka  a w opisie przelewu babcia. 

Zawzięłam się. Wysłuchałam uważnie tuzina komunikatów, ofert, ostrzeżeń i zapewnień. Udało mi się wyłuskać życie między światłowodami, kiedy zdecydowałam się wklepać numer służbowej komórki (bo w tej samej sieci).

Najpierw wytłumaczyłam miłej pani, że:

- Nie, nie jestem klientem biznesowym i dzwonię "w zupełnie innej sprawie"

Zostałam przełączona do "klienta indywidualnego" i tam kolejny miły głos zapytał „w czym może pomóc”.

- Proszę pani, odłączono mi internet ze względu na zaległości. Ale TAK NAPRAWDĘ to ja nie mam zaległości, gdyż płaciła moja córka na konto mojej mamy. Czy ja bym mogła to jakoś "odkręcić"? 

Pani, jak już przestała się śmiać, poradziła mi, że najszybciej będzie, jeśli zaległość zapłacę natychmiast a odzyskaniem nadpłaty zajmę się później. 

Tak zrobiłam, internet wrócił  a ja w ferworze obowiązków odwlekałam załatwienie sprawy aż do wczoraj. 

Oszczędzę opisywania drogi przez mękę z automatycznym biurem obsługi. W końcu połączyło mnie do człowieka. Znów bardzo miła pani, przełączyła mnie do "klienta indywidualnego", następna dalej do "płatności" a kolejna do "reklamacji". Ostatnia osoba zechciała wysłuchać, że nadpłata, że córka płaciła na konto mamy, zamiast na moje.

- A pani jest kim? – zapytała infolinia podejrzliwie całkiem przyjemnym barytonem

- Ja jestem mamą. To znaczy mamą mojej córki a nie moją mamą.  Środkowym ogniwem jestem – odpowiedziałam

- W takim razie nie mogę przeksięgować na pani wniosek. To musi być  córki wniosek – pouczył mnie baryton

- To chwileczkę, zaraz dam córkę – policzyłam do dziesięciu i gotowa byłam na wszystko

- Dzień dobry, czy w takim razie mogłabym zlecić przeksięgowanie moich  trzech ostatnich przelewów na konto mamy? Mam potwierdzenia i mogę je wysłać e-mailem – podszywałam się

- Yyy, ma pani bardzo podobny głos – baryton był nieco zbity z tropu.

- Wiem, wiem, wszyscy nam to mówią, nawet mój tata nas po głosie nie rozróżnia - to akurat była prawda, więc zabrzmiało przekonująco

- Proszę pani, nie mogę przeksięgować, tych przelewów, bo one pokryły cześć zadłużenia. Nie ma nadpłaty, jest jeszcze sporo do uregulowania

Osłabłam.

- A z czego wynikają zaległości, bo z tego,  co wiem, to na dzień rozwiązania umowy, babcia miała wszystko uregulowane - zapytałam

- Niestety, nie mogę udzielić pani informacji, bo nie jest pani „stroną”

I tu przysięgam, że usłyszałam tętent kopyt czterech jeźdźców apokalipsy. Poczułam, że wstępuje we mnie boskość i nieco mnie to rozproszyło. Możliwe też, że zwariowałam. Symptomy podobne.

- Trudno mi będzie namówić babcię do rozmowy, bo akurat nie żyje, ale proszę chwilę poczekać, dam mamę, ona miała kiedyś pełnomocnictwo – kupiłam sobie chwilę na ochłonięcie.

Napiłam się wody, odetchnęłam i wzięłam telefon

- Przepraszam bardzo za córkę, ona tak reaguje na stres – wytłumaczyłam się – czy mogę wiedzieć, co to za zaległość na koncie mamy?

Po przepytaniu mnie z peselu Mamuta, adresu i hasła, pan odpowiedział rzeczowo:

- W grudniu wystawiliśmy notę obciążeniową na 902 złote i 60groszy. Powinna pani udać się do salonu, zwrócić dekoder i modem, napisać pismo…

- Przepraszam, pomijając taki drobiazg, że nie jestem w posiadaniu dekodera i moim zdaniem moja mama też nie była, to jako kto mam to pismo napisać? Jako zatroskana córka, czy jako duch matki?

- To może ja panią przełączę, bo to nie jest typowa sytuacja – poddał się baryton i przełączył  mnie na muzykę relaksacyjną. Aha! Znaczy opcja: „trudny klient”.

Po kilku minutach odezwał się następny męski głos:

- W czym mogę pomóc?

- Mam nadzieję, że pan pomoże, bo od ponad godziny usiłuję rozwikłać problem i zaczynam się czuć jak Kubuś Puchatek szukający Prosiaczka. Otóż w skrócie. Z konta bankowego (imię i nazwisko Lolki) szły przelewy na rachunek nieżyjącej (imię i nazwisko Mamuta) a powinny iść na (imię i nazwisko moje). Usiłuję to zawirowanie wyprostować.  Na przeszkodzie stanęła świeżo odkryta nota obciążeniowa. Czy do tej pory pan rozumie?

- Mniej więcej rozumiem. A Pani jest kim?

- Proszę pana, brzmi pan rzeczowo i rozsądnie a ja potrzebuję pomocy. Ustalmy, z kim pan może rozmawiać, a ja się dostosuję – wzniosłam się na wyżyny dyplomacji.

Pan miał poczucie humoru. Przepytał mnie z adresów, peseli i poprosił o cierpliwość.

- Dziękuję – odezwał się po dłuższej chwili  - Już wszystko wiem. Tu nie chodzi o,  przepraszam, dekoder tylko o naruszenie warunków promocji. To jest oczywista pomyłka, bo to przecież wygaśniecie umowy z powodu, przepraszam, zgonu a nie rozwiązanie. System wygenerował należność, bo ktoś w niewłaściwej kratce, przepraszam, „ptaszek” postawił. Ja nawet widzę w plikach, przepraszam, akt zgonu, tylko nie powiązany. Nota obciążeniowa została anulowana.

- Już? Nie muszę nic pisać – zdziwiłam się

- Nie musi pani, nie jest pani stroną. Mamy akt zgonu, wystarczy.

- Czy to znaczy, że mam nadpłatę? – ucieszyłam się

- Tak, przyjąłem zgłoszenie CÓRKI o przeksięgowaniu nadpłaty na panią. Czy coś jeszcze?

- Chwileczkę, bo nie zrozumiałam chyba. Zaległość mamy została anulowana, ja mam trzy rachunki do przodu i nie muszę nic robić, tak? Żadnych pism, potwierdzeń i wizyt w salonach?

- Dobrze pani zrozumiała, mam nadzieje, że  jest pani zadowolona.

- Zadowolona? Jestem w euforii! Ja wam wszystkie grzechy odpuszczam! W imię matki i córki, i ducha świętego, amen.

 

 




środa, 04 lutego 2015
najgorsza córka na świecie

Po zaprzyjaźnionych blogach przewija się temat poczucia winy łamane na poczucie krzywdy w relacjach z rodzicami. A z matką zwłaszcza. Matki potrafią. 

Temat znam dobrze, bo mój związek z Mamutem był jak przejażdżka na rollercoasterze. Wielokrotnie o tym pisałam. Dokładnie jednak pamiętam ten moment, kiedy przestałam być najgorszą córką na świecie. 

Wojna to była straszna. Kosztowała mnie sporo pracy nad sobą i parę ran po nagłym usunięciu się gruntu spod nóg. Przed lustrem ćwiczyłam wyczytane w poradnikach kwestie zamykające kłótnie, żeby głos mi się nie łamał, jak będą potrzebne. Chciałam się nauczyć zatrzymać, zanim zacznie się kręcić karuzela nienawiści. 

W konfrontacji z Mamutem czułam się słaba, mała i nic nie warta. Uczyłam się wychwytywać słowa i gesty, które miały być hasłem do ucieczki. 

"bo ty zawsze..., bo ty nigdy... BO TY..."

Wytrenowałam trzy zdanie i uczyłam się używać w zależności od sytuacji:

"nie chcę się z tobą kłócić"

"mam  inne zdanie"

"przykro mi, że tak mówisz"

Tego dnia...

nawet nie wiem, o co nam poszło. Pewnie o nic istotnego. Kiedy Mamut zadała pytanie w przestrzeń: "Czym zawiniłam, że mnie bóg ukarał takim diabelskim dzieckiem?" wyczułam klimat i rzuciłam z półobrotu:

"Nie będę się  z tobą kłocić"  -  bo jak pojawiał się diabeł, to ja wzorem Mefistofelesa na Mamuta zwracałam pół oka i pół ucha "tymczasem już blisko klamki" i zwiewałam w podskokach na górę. Miałam ten komfort, że Mamut już wtedy z trudem chodziła po schodach. Zamknęłam się na górze, odetchnęłam z ulgą, że obyło się bez rozlewu krwi.

Przytuliłam Lolkę - moją córeczkę. Absolutnie cudowną, najlepszą córkę na świecie (i tak jej do dziś zostało). Pomyślałam sobie, że jestem wielką szczęściarą, skoro mam takie fantastyczne dziecko a moja matka ma diabelskie. 

I zrobiło mi się Mamuta żal. Poczułam się dorosła. Nie celebrowałam własnego żalu i poczucia krzywdy/winy* tylko dotarło do mnie, że też jestem matką.  Matką, której trafiło się lepsze dziecko. Nie umiem nawet z dystansu opisać tej eksplozji emocji jaka wtedy we mnie wybucha w jednej sekundzie. Była w tym radość, ulga, wdzięczność, miłość i MOC. Pierwszy raz w życiu poczułam, że mam przewagę. I przejęłam stery.  

Zeszłam na dół i usłyszałam, że Mamut płacze. Zobaczyłam ją i całą jej samotność. Naprawdę chciałam ją objąć i pogłaskać. Odepchnęła mnie, bo to nie był amerykański film tylko rzeczywistość. 

Zrobiłam jej herbatę, zaniosłam bez słowa i wróciłam do siebie na górę. 

Przestałam być najgorszą córką na świecie. 

  

*niepotrzebne skreslić

piątek, 21 listopada 2014
the wind of change

Antropologia kulturowa mnie męczy. Siedzę w pierwszej ławce i ze wszystkich sił skupiam uwagę a i tak części wywodu muszę się domyślać. Wykładowca artykułuje głoski dudniąc do środka. Mam wrażenie, że on w ogóle ust nie otwiera a nie wiem tego z cała pewnością, gdyż notorycznie też zasłania usta (może ma zepsutą jedynkę?). Z zajęć wychodzę zmęczona jak Herkules po dwunastu pracach i ze strzępkami notatek, które uzupełniam przeprowadzając śledztwo w bibliografii. Szukam tematu do pracy zaliczeniowej. 

- Słuchaj córuś - dzwonię do nieodrodnej - szukam tematu na antropologię. Może sobie coś wymyślę wybiorę jako przykład frezerowskiej  magii sympatycznej? "Magia i dzikość w "Supernatural""? Co myślisz?

- Taaak. Myślę, że potrafisz znaleźć dobry powód, żeby sobie jeszcze raz na braci Winchesterów   popatrzeć:)

Wczoraj w pracy miałam ciężki dzień, bo jakiś remont ktoś robi za ścianą i cały dzień wiertarka wkręcała mi się w mózg. Własne myśli trudno było usłyszeć a tu dzwoni Lolka:

- Dzwonię tylko po to, żeby... drrrrrwrrrrgrrrrryyyrrrrrrrrdrrrrrrrrrrrrr... zamieniam się w ... drrryyrrbrr... matkę! - zaczęła bez wstępów

- Kochanie, mam remont za ścianą ...rrrrrrrdrrrrrrryyrrr... słyszę, że mówisz, ale co mówisz to już gorzej, przejdę do kuchni

- Zamieniasz się w matkę? - dopytałam bez większych emocji, bo w końcu to moja Nać, z genami nie wygra - A po czym wnosisz?

- Robiłam sernik - zaczęła snuć opowieść - a Iris pomagała mi kręcić masę, no i oblizała nóż. A ja zamiast zareagować jakoś normalnie to zaczęłam monolog " No tak! Ze mną to już się nikt nie liczy! Mogę sobie tak gadać i gadać a ONA i tak sobie zaraz ten język urżnie. Ja się słówkiem nie odezwę, ale potem będzie za późno..."

- Aaaaaa! Zamieniasz się w MOJĄ matkę! - krzyknęłam

- No przecież od początku mówię, że się zamieniam w twoja matkę! Co robić?

- Natychmiast przestań! - panikowałam - Nie wiem! Egzorcyzmy?

- Znasz jakiegoś pogromcę duchów? 

- Ja znam tylko Winchesterów, ale przy każdym kościele powinien taki specjalista być - podpowiadałam

- Nie pójdę do żadnego kościoła - zaprotestowała 

- Masz racje - zreflektowałam się -  taki kościelny egzorcysta Cię "odpęta",  wypędzi twój ateizm, feminizm, behawioryzm i...

- ...i babcię zostawi - dokończyła Lolka

- Tyyyy - zbystrzałam nagle - mówisz, że sernik robiłaś?

- Tak

- I wyszedł ci taki jak babciny??? - dopytywałam

- No taaak...

- No to nie ma mocnych, przepadło - zawyrokowałam - Wszystko rozumiem. Babciny sernik jest w pakiecie z babcią. Inaczej się nie da. Mnie porzuciła, bo ja ostatnio jem na mieście. A ty się porywasz na JEJ sernik. No kochana, chyba nie sądziłaś, że ona tak po prostu odda ci ten sernik walkowerem? Masz tylko jedno wyjście - pogodzić się z duchem babci.

I tym oto sposobem Mamut dała znać, że nie odpuszcza i pewnie nie raz się pojawi w notatkach na marginesie:).