twierdzę , wątpię , pytam
wtorek, 18 lipca 2017
takie tam pitu pitu

Dziecko wyjechało do Anglii na dwa miesiące Wstępnie. Taki jest plan A. Plan B przewiduje zostanie na Wyspach na rok. Umówmy się, że to "dziecko" to relacja a nie kwestia dojrzałości, bo jak wiedzą wszyscy, którzy znają Lolkę i wszyscy, którzy mnie czytają – „dziecko” jest dorosłe ( nie lubi tego ale jest), mądre i dobre.  

 

Taka dygresja na marginesie: Musiałam nieco zweryfikować filozofię życiową.  Zawsze (z jednym małżeńskim wyjątkiem) leciałam na mężczyzn młodszych ode mnie. W większości przypadków z wzajemnością. W ogólniaku podobali mi się chłopcy z młodszych klas, na studiach wyszłam za mąż i wróciłam na „rynek” przed trzydziestką. Wtedy upierałam się, ze 10 lat różnicy wieku to absolutnie max do przełknięcia. Potem zaczęłam nonszalancko twierdzić, że „wszyscy dorośli są w tym samym wieku” i „wiek, to nie jest najważniejsze kryterium oceny”. Właściwie nadal tak uważam, ale pojawiła się nowa kategoria. Dzieliłam dorosłych mężczyzn na dwie grupy: „podoba mi się - mogłabym być zainteresowana”  albo „nie podoba mi się  -  wykluczam”. Tak oceniając na poziomie id.  Doszła trzecia kategoria „podoba mi się – mogłabym ewentualnie adoptować”. Zamiast libido uruchamiają mi instynkt macierzyński. To ci mniej więcej w wieku Lolki.

Ale do rzeczy. Dziś zadzwonił do mnie nieco spanikowany ojciec Lolki, bo dowiedział się, że DZIECKO! ZA GRANICĄ! Samo, biedne, głodne IDODOMUDALEKO!

- Kochanie, nie powiedziałaś ojcu, że wyjeżdżasz? – złapałam Lolkę na fejsie

- Jakoś się nie złożyło, myślałam że wie, że mu ciotka powiedziała. Rozmawiałam z nim, ale coś nam przerywało na łączach

-Ciotka mu powiedziała wczoraj i chyba zareagował histerycznie, bo chce ze mną porozmawiać. Czy jest coś czego nie powinien wiedzieć? Nie chcę go wytrącać z jego strefy komfortu - zapytałam

- Mamuś, skoro się z Toba umówił to on  już jest poza strefą komfortu. Uspokój go jeśli dasz radę. Poza tym fascynujące jest to, że on nadal myśli, że my dwie ze sobą nie rozmawiamy chyba – powiedziała Lolka

- Faktycznie:))) – olśniło mnie -  On myśli, że ja do Ciebie ewentualnie MÓWIĘ a Ty mnie ewentualnie SŁUCHASZ

 - Tak – wtrąciła Lolka -  A  i tak robię co CHCĘ xD

 - A ja Ciebie BRONIĘ cokolwiek zrobisz - uzupełniłam

A my rozmawiamy. Wymieniamy zdania, słuchamy, upewniamy się czy właściwie dotarło, irytujemy się, sprzeczamy, wygłupiamy. Szanujemy się, szanujemy swój czas i swoje zdanie. I wiecie co? Bierzemy się pod uwagę.

 

To zupełnie inaczej niż w polityce. Jestem zmęczona polityką, bo tak naprawdę wcale nie chce jej śledzić i nie chcę się bać. Ja mam co robić. Nie mogę jednak tak zupełnie biernie przyglądać się wydarzeniom jak Niemcy w trzydziestym trzecim. Ja oglądałam „Kabaret” Boba Fosse’a. Ten scenariusz zadziałał w III Rzeszy, w Indonezji w 65’, w Rwandzie w 94’  zadziałał już tyle razy, że można go wdrażać jak plan.

 

 Podział - kryzys – prowokacja – krew i śmierć

 

Im więcej krwi i śmierci tym większy interes do ubicia.

 

Wojna to czas dla biznesmanów a nie bohaterów. Nie straszę wojną. Wojną trwa nieustannie od początku ludzkości. To, że „żyjemy w pokoju” od czasu II wojny światowej to złudzenie. Wojna się nie skończyła, po prostu politycy i biznesmeni nauczyli się nią ZARZĄDZAĆ. Nie bójmy się wojny, był czas do niej przywyknąć. Codziennie gdzieś na świecie na wojnie giną ludzie. Codziennie. I na nikim nie robi to wrażenia. Udajemy, że wojny nie ma, że taka malutka i daleko, to się NIE LICZY. Liczy się odpowiednio wypromowana pojedyncza bomba w metrze, ciężarówka na deptaku, samobójca zamachowiec w teatrze. Nie dam się zastraszyć zamachom terrorystycznym, nie boję się śmierci. Boję się, że doprowadzona do ściany nienawiści, JA zacznę dzielić, odczłowieczać, zabijać.  

 

Co robić? Nie wiem.

Jestem dzieckiem Oświecenia i Pozytywizmu. Wierzę w edukację i pracę u podstaw. Bardzo chcę wierzyć w ludzi.

 

Dostałam się do konkursu prelegentów filmowych. Dzięki za dobra energię, będę jej jeszcze potrzebować.

 

Szykuje mi się druga tura szkoleń w stolicy. Właściwie siedzę na walizkach i czekam tylko na potwierdzenie terminów.

Zrobiłam porządki w szafie według zasady – wyrzuć wszystko co cię nie uszczęśliwia. Okazało się, że łatwo mnie uszczęśliwić. Duch Mamuta robił porządki ze mną. Niestety. W związku z tym mam:

-  torbę sukienek rozmiar za małych (przecież schudnę)

-  torbę ciuchów  rozmiar za dużych ( przecież jak będę miała maszynę do szycia to sobie dopasuję)

- całą półkę rzeczy, które będę mogła nosić jak je wyprasuję (gdzie jest żelazko???)

 - reklamówkę rzeczy do oddania.

 

Okazało się też, że mam w czym chodzić. Tylko bieliznę muszę dokupić. Potrzebuję majtek w groszki.

 

Poleżałabym sobie na plaży, ale huśtawka pogodowa doprowadza mnie do furii.

 

A tak ogólnie to na moim prywatnym podwórku jest dobrze. A co u Was?



piątek, 07 lipca 2017
kalendarzyk i inne wariacje

Znalazłam i testuję aplikację na iphona MyDaysX. Jestem zachwycona. Prócz standardowych przydatnych informacji, które można sobie do kalendarza wpisać i zrobić wykresy (menstruacja, temperatura, waga, nastrój itp.)można jeszcze zaznaczyć dni kiedy był seks, uściślić czy z antykoncepcją i czy zakończony orgazmem oraz dopisać komentarz. Bardzo fajna opcja.

Skorzystałam z możliwości napisania komentarza chociaż zaprawdę powiadam wam nie chcielibyście znać jego treści. 

Lolka idzie w stronę weganizmu. Przyjechała do domu i mi gotuje (jakby mi ktoś tak codziennie gotował, to dawno byłabym weganką). Ja robię zakupy. Zleciła mi ostatnio kupienie margaryny "Delma" - Kup zwykła klasyczną, beż żadnych udziwnień i dodatków. Same oleje roślinne w składzie, ok? - poinstruowała mnie Stanęła przed półką w sklepie a tam delma z jogurtem, delma z masełkiem wiejskim, delma o smaku świeżego poranka, delma chuj wie co. Wszędzie w składzie mleko lub jego pochodne. Cała półka delmy i nie ma wyboru. Dzwonię do dziecka:

- Kochanie, nie ma takiego konia, który nazywa się "koń" - mówię stanowczo

- Mamo, gdzie jesteś? Czy ty masz udar? - zaniepokoiła się Lolka, a do mnie z całą mocą dotarło, że radośnie zastosowany skrót myślowy może być nieco niezrozumiały nie tylko dla ukochanego dziecka, ale też dla innych osób stojących obok mnie w sklepie przy lodówce z nabiałem. Parsknęłam śmiechem, usmarkałam się i kucnęłam:

- Mam atak ... - rzęziłam w powstrzymywanych spazmach - ...śmiechu. Poczekaj. Zaraz. Mi. Przejdzie.

Ochroniarz przyglądał mi się podejrzliwie, co mnie rozśmieszało jeszcze bardziej. Parę minut mi zajęło zanim mogłam mówić. - W sklepie jestem i tę delmę chciałam kupić. Nie ma ZWYKŁEJ. Są same niezwykle. Jak z tym koniem. Jest ogier klacz i źrebak a nie ma konia - wytłumaczyłam się

- Aaaaaaha. Wracaj do domu zanim Cię zamkną - uspokoiła się Lolka

Skończyłam szkolenia. Nie zdążyłam się jednak nacieszyć wolnymi weekendami, bo dostałam następną propozycję i czekam na potwierdzenie terminów. Wszystko wskazuje na to, że nie będę miała wakacji.

 

Zgłosiłam się do konkursu prelegentów filmowych. Proszę o trzymanie kciuków, żebym się zakwalifikowała.

 

To tyle.

poniedziałek, 03 lipca 2017
podróże kształcą?

Generalnie wierzę w ludzi. Znaczy jestem humanistką. Fakt, że mi łatwo, bo mam matrix na użytek własny. Niestety nie jest on hermetyczny. 

Byłam świadkiem takiej sceny:

Warszawa, centrum miasta, wychodzę z bloku. Dzień piękny, hałas jeszcze do mnie nie dotarł i byłam tak dość życzliwie i optymistycznie do świata nastawiona. Przed blokiem w grupie stoi starsza nobliwa pani, chłopiec około 10-letni, ochroniarz w uniformie i mężczyzna na oko w moim wieku (nie można mi jednak ufać w tej kwestii, gdyż ja absolutnie nie umiem oceniać wieku), przyzwoicie ubrany. I ten mężczyzna wygłasza taki dobrotliwy monolog:

- Proszę Pani, nie mam pani racji. Ja naprawdę też kawał świata zwiedziłem - domyśliłam się, że weszłam w środek jakiejś dyskusji, więc się zaciekawiłam

- W Niemczech pracowałem kilkanaście lat - mówił dalej mężczyzna z głosem jak aksamit -  W różnych miejscach i z różnymi ludźmi. Pracowałem i z Arabami i Hindusami i Chińczykami i ludźmi we wszystkich kolorach. Ja znam życie i znam tych ludzi i niech mi pani wierzy... to są takie skurwysyny!

 

Rzeczywistość potrafi napaść  znienacka.

czwartek, 29 czerwca 2017
wina i kara

W poniedziałek miałam mały wypadek rowerowy. Nic poważnego - podskoczyłam na wyboju, omsknęła mi się noga z pedału, straciłam kontrolę nad kierownicą i przywaliłam z impetem w balustradę. Dwa siniaki na nodze i przekręcone siodełko w rowerze.

Dziś zjeżdżałam z górki w parku i przyhamowałam hamulcem na przednie koło. Było ślisko po deszczu, wpadłam w poślizg i wylądowałam na trawniku. Rower cały, ja mam lekko otarte kolana i kompletnie zniszczone spodnie (chyba że wiecie, jak sprać trawę z jeansu?).

Przebrałam się i pytam Justin pół żartem, pół serio:

- Dwa wypadki na rowerze w jednym tygodniu, czy wszechświat chce mi coś powiedzieć?

- Dwa wypadki? Może chcesz się ukarać? - zapytała Justin

I tu rozstąpiło się "może". Dobry trop!

Może faktycznie? Rzeczywiście jestem od kilku dni na siebie zła. Nie jakoś tak przesadnie, bo i wina nieprzesadna, ale jednak. Mogłam przewidzieć - zlekceważyłam. Myślałam, że jestem konsekwentna, okazało się, że nie zawsze i muszę z tym żyć. Nie lubię siebie za to, tak jak nie lubię niekonsekwencji w innych ludziach. 

Już się ukarałam, ok?

A może to zupełnie inna kosmiczna wiadomość? Może chodzi o to, żeby mi pokazać, że nie da się mieć kontroli cały czas nawet nad rowerem a co dopiero nad życiem. Że ważniejsze od  bycia zawsze "w porządku" jest  umiejętność wybaczania sobie. I wyciągania wniosków. Swoim kursantom powtarzam, że rozwój medycyny to historia błędów medycznych. I że błędów nie da się wyeliminować. Jeśli konsekwencją błędu jest nauczka, to nie ma co się umartwiać.

Będę bardziej ostrożna. Mam nadzieję, że to koniec moich wypadków.

 

ps. Dostałam też ostatnio w prezencie od czytelniczki bloga poszukiwane dzieła Żeleńskiego Boya i radość mi jeszcze nie opadła. Czyli nagroda też mi się dostała.


czwartek, 01 czerwca 2017
dogadujemy się

Wychodzę z wydziału zasiłków ZUS. Ze stolika na korytarzu podrywa się na mój widok para i mówi:

- Dzień dobry.

- Dzień dobry - odpowiadam, bo ja z moją prozopagnozją odpowiadam ZAWSZE, ale Ci patrzą wyczekująco zastawiając mi drogę do wyjścia. Nie wytrzymałam napięcia:

- Państwo z jakiegoś powodu do mnie? - pytam uprzejmie

- Nooo... my to my

- Aaaa... ja to ja - zaczynam wyczuwać opary absurdu

- Wyszła pani - mówi kobieta niepewnie

- Wyszłam...? - potwierdzam jeszcze bardziej niepewnie, bo właściwie dopiero zamierzałam wyjść. Byłam w trakcie wychodzenia. Może przegapiłam jakąś ZUSowską instrukcję wychodzenia?

-To my. Powiedziała nam Pani, że zaraz wyjdzie ... - i tu za plecami odezwał się zbawczy głos

- Państwo chyba do mnie?

 

Założenia. Ostatnio założyłam, że powinien wg rozkładu jazdy podjechać tramwaj nr 11 i wsiadłam do pierwszego, który podjechał. Niestety sześć przystanków później zorientowałam się, że to "13".

 

Justin dostała z obcego numeru SMS o treści "I wzajemnie". Zaintrygowana zapytała, z kim ma do czynienia. "Przepraszam - odpisał ktoś - to telefon wysyła sms-y do wszystkich"

- Jaki mądry telefon! - zachwyciłam się - Odpowiada zarówno na "kocham cię" jak i na "spadaj".

 

Wysłałyśmy klientowi email z pytaniem? "Kiedy będzie u nas w biurze z dokumentami?". A ten odpisuje, że miał być we wtorek ale coś mu wypadło ważnego i przeprasza, że nie był.

.

.

.

- I co ja mam odpisać??? - pyta Justin - nadal nie wiem, kiedy będzie.

- Napisz: I WZAJEMNIE

poniedziałek, 29 maja 2017
co robić?

Szukałam butów, w których śmignę dwa dni szkolenia. Doszłam do wniosku, że nie ma takich, bo nie chodzi o buty. Skoro nie sprawdziły się baleriny, tenisówki i moje ukochane espadryle, to znaczy, że nie mogę stać. Nawet boso bym nie ustała.   Dziwnie jest  człowiek skonstruowany. Od siedzenia dupa rośnie, stanie stopy masakruje, leżenie grozi odleżynami, klęczeć mi wiara nie pozwala. 

Najwyraźniej stworzona jestem do tańca. Tango byłoby super.  

czwartek, 25 maja 2017
najlepszy wynalazek

Dwa dni walczyłam z katarem. Łóżko, czosnek, cytryna  Katar rzuca mi się na oczy i mogłabym się zatrudniać jako płaczka na pogrzebach (raz z katarem zrobiłam furorę  na pogrzebie. Nie płakały żony-wdowy, dzieci ani wnuki - tylko ja) W pracy może by mi to  specjalnie nie przeszkadzało, ale do ludzi się nie nadawałam.

Klimatyzacja na szkoleniu mnie załatwiła. Nie znoszę klimatyzacji. Może to nie jest zły wynalazek, ale nie dla mnie. Mój organizm nie znosi pizgania chłodem w rozgrzane ciało. No i lubię upały. NIGDY nie narzekałam na żar z nieba. Te dwadzieścia parę stopni, które mamy od kilku dni nie wymaga sztucznego chłodu. A druga rzecz to filtry w klimatyzacji. Na litość boską - należy je wymieniać! Już dwa sklepy w pobliżu są poza moim zasięgiem, bo się dusić zaczynam. 

Przesiedziałam dwa dni w domu na kanapkach z guacamole. Oglądałam "Mad man". Masochistycznie. Oka nie można oderwać od przecudnych sukienek dla kobiet, które mają biodra, talię i piersi. Możliwe, że miały też 5 palców u stóp. Łzy mi kapały jak grochy pewnie też z tego powodu. Przypomniało mi się, że jeszcze jako nastolatka miałam KRAWCOWĄ. Proste rzeczy szyła mama, a bardziej skomplikowane pani Maria. Kupowało się materiały a nie sukienki.

W kompleksy wpadłam dopiero na studiach, kiedy konfekcja sklepowa mówiła mi, że w niewłaściwych miejscach się zginam i moja linia brzegowa ma zdecydowanie za dużą amplitudę. Kto właściwie wymyślił, żeby ubrania szyć wg szablonu? Wyobrażacie sobie, żeby mężczyzn golić wg szablonu? Brzmi ja narzędzie tortur, co? A kupowaliście ostatnio spodnie?

Stardust zadała pytanie na swoim blogu o najlepszy wynalazek. Ona obstawia właśnie klimatyzację. Cóż, nie doświadczyłam upałów w Nowym Jorku, więc nie będę się sprzeczać, ale po ostatnich porażkach zakupowych moim zdaniem wygrywają ubrania ze stretchem. 

Dojrzałam do kupienia maszyny do szycia.

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24