twierdzę , wątpię , pytam
wtorek, 23 października 2018
tymczasem

Byłam w galerii handlowej, żeby kupić klawiaturę, bo swoją wyrwałam dziś z mięsem z kabla. Wyszło nawet taniej niż w Polsce, tylko układu znaków będę się musiała na pamięć nauczyć. Byłam pewna, że nie umiem pisać bezwzrokowo a jednak potykam się tylko na znakach specjalnych. No i mogę pisać siedząc w łóżku:).

Przy okazji mierzyłam spodnie.Uczcijmy to minutą ciszy.

 

 

Niestety nie mieszczę się jeszcze w 38, optymizm mnie nieco poniósł. Prawdę mówiąc nie pasuję do spodni w żadnym rozmiarze. Gdzie ludzie kupują spodnie? Chyba muszę znaleźć swoją markę i się jej trzymać. Niech to będzie rozmiar dowolnie nazwany tylko PROPORCJONALNY poproszę. Ja nawet jak się pasę i nabieram kilogramów to one mi się rozkładają w miarę równomiernie. Znajome mi kobiety (pomijając przypadki związane z chorobami) też tak mają. Nie potrzebuję w spodniach miejsca na brzuch, za to przydałoby się go nieco na tyłek. Nie mierzyłam tył-na-przód. Sprawdziłam.

Pogoda mnie dziś zmusiła do schowania roweru do piwnicy. Czekam na wyprzedaże posezonowe w sportowym i jakoś tak po Zaduszkach powinny się zacząć promocje świąteczne. Ubiorę się ciepło i wrócę na rower. Bezbłędnie zrobiłam dziś zakupy i zjadłam obiad na mieście. I zajrzałam do google tłumacza tylko raz, żeby sprawdzić jak jest "bezprzewodowa". Tak naprawdę frustruje mnie to, że tak pooowoooli przychodzi mi ten język. Chciałabym szybciej. 

 

(15-16 grudnia będę w Poznaniu)

niedziela, 21 października 2018
psyche i soma

Żeby się w Berlinie poczuć komfortowo, potrzebuję fotela. I klawiatury bezprzewodowej, ale to akurat drobiazg, kupię sobie przy następnej wizycie w Warszawie. W kuchni mam dwa stołki i wygodne miejsce do jedzenia. Gazetę można przejrzeć ale czytać się nie da. W pokoju mam łóżko i mogę się położyć, ale leżenie sprawia, że organizm przechodzi w tryb relaksu i niechętnie wydatkuje energię. Nie mam miejsca gdzie mogę funkcjonować na normalnych obrotach.

Na przykład tę notkę piszę siedząc na podłodze z klawiaturą na kolanach. Na dłuższą metę, tak się nie da. Szukam więc fotela – wygodnego, ale takiego, który mi kieszeni nie zrujnuje. Pojechałam wczoraj do Ikei po inspirację i zabłądziłam w sklepie.

Lolka zawsze powtarza, że mózgi są głupiutkie i ja jej wierzę. Mózg nie odróżnia prawdziwego zagrożenia od wyimaginowanego. Mózg idzie za instynktem i działa. Ludzie różnie reagują na stres - mnie paraliżuje i siada mi kręgosłup. Dwa razy w życiu doprowadziłam się do stanu niemal inwalidztwa przepracowując się i ciągnąc te wagoniki jak Łysek z pokładu Idy. Potem poszłam po rozum do głowy i zaczęłam obserwować swoje ciało. Ono naprawdę sporo mówi i odwdzięcza się, jeśli się go słucha. Kiedy się zorientowałam, że trzeci raz wracam w to samo miejsce poczułam lekkie mrowienie w łydkach. Przy czwartym razie wlazło mi jakieś świństwo w kark i prawie spanikowałam. Chciałam zapytać o drogę, ale zapomniałam języka w gębie i uświadomiłam też sobie, że mam rozładowany telefon.

W karku odkłada mi się strach. Ciało mi mówiło „Boję się”. Wdrożyłam procedurę odzyskiwania kontaktu z moim racjonalnym „ja”.

Usiadłam. W pierwszym fotelu, jaki mi się napatoczył.

Wzięłam kilkanaście głębokich oddechów.

„Nic mi nie grozi, nie ma się czego bać. W absolutnie najgorszym razie, ktoś się mną zainteresuje przed zamknięciem sklepu i mnie wyprowadzi”- pomyślałam. Uspokoiłam się i przypomniałam sobie, że zapytać o drogę mogę w czterech językach. A nawet w sześciu, tylko w tych pozostałych dwóch nie zrozumiałabym odpowiedzi:). Zauważyłam też że umiem czytać i rozumiem znaki oraz słowo „exit”. Wyjście znalazłam dwie minuty później.

Jeśli komuś wydaje się dziwne, że można WIEDZIEĆ jedno a CZUĆ zupełnie coś innego, to poczytajcie sobie o TYM MOśCIE. Oczywiście przejście tego mostu wpisałam sobie na listę rzeczy do zrobienia .

Dziś zostałam okradziona i zrobiło mi się od razu lepiej. Nie, nie pomyliłam się. Naprawdę lepiej. Jechałam po chleb (trafiłam znakomity chleb, który czerstwienie a nie pleśnieje i w dodatku jest smaczny) i miałam na rowerze koszyk a w nim baterie, odblaski i bluzę oraz torbę z butelkami plastikowymi do recyklingu. Tutaj niemal w każdym sklepie spożywczym można oddać butelki i nawet dostać za nie kupon na jakieś centy. Bardzo mi się to podoba. Segreguję śmieci od kilku lat i zawsze najwięcej kłopotu sprawiały mi plastiki, a tu po prostu idzie się z butelkami po zakupy. Ostatnio dostałam kupon na 1,25 euro za chyba pięć butelek. Dziś miałam jakoś podobnie. Po drodze zmarzłam z ręce, więc wstąpiłam do galerii żeby kupić rękawiczki. Kupiłam, wychodzę a tu nie ma butelek. Wszystko inne zostało, nawet torba, w której były. Poczułam, że ja jestem w naprawdę w dobrej sytuacji.

 

Będę w bardzo dobrej, jak już zorganizuję sobie fotel. Mam już meldunek, numer identyfikacji podatkowej, wybrałam kasę chorych. Powoli zaczynają mi spływać odpowiedzi na moje rozesłane CV. Jestem dobrej myśli.



środa, 10 października 2018
raport

Ja wiem, że zaglądacie i się martwicie, ale niepotrzebnie.

 

Dostałam od córki kalendarz i piszę w punktach listy zadań na każdy dzień. Ochłonęłam, ogarnęłam. Zameldowałam się, czekam na numer identyfikacji podatkowej.

Mam pieniądze na utrzymanie i czas na uczenie się.

Mam też fuchę w Warszawie. Szkolenia weekendowe z kadr i płac, gdzie zwracają mi koszt dojazdu z Berlina. Zaczynam w ten weekend.

I tak to na początek. 

Aha i znów się mieszczę w rozmiar 38.

 

wtorek, 25 września 2018
Co? Ja nie wyskoczę?!

Po pierwsze z przemyśleń mi wyszło, że łatwiej mi będzie teraz zostać w Berlinie niż histerycznie odkręcać to, co ułożyłam. Po prostu znajdę pracę. Robiłam to pięćset razy i za każdym razem skutecznie:).

Po drugie duch Mamuta nie na darmo się się ze mną przeprowadził i rządzi, bo właśnie kopnął mnie w tyłek i powiedział:

- Ja w twoim wieku, zostałam wdową z małym dzieckiem ledwie od cycka odstawionym (czyli ze mną), gównianą pracą fizyczną na trzy zmiany i bez grosza oszczędności.

Jest taka scena w "Iniemamocnych" , którą bardzo lubię.

Przed moim odejściem składałyśmy się w zespole na prezent dla odchodzącej szefowej i w do prezentu miałyśmy dołączyć nasze zdjęcie stylizowane na postaci z ulubionych bajek. Wahałam się między Elastyną właśnie a Mulan. Wybrałam Mulan.

No to teraz muszę być jak szalona rzeka:).

 

 

sobota, 22 września 2018
to był bal

To były najdziwniejsze pracowe trzy tygodnie w moim życiu. Zakończyłam pracę zanim ją zaczęłam. Od początku wszystko szło nie tak. Cały czas był jakiś problem albo ze sprzętem albo z oprogramowaniem. Albo z tym, że osoby które miały mi pokazać, co mam robić były nieobecne. Było to potwornie irytujące, ale wszyscy mnie uspokajali, że na pewno w końcu będę miała zajęcie.
W poniedziałek rozmowa o oczekiwaniach i zakresie obowiązków (super) w czwartek w końcu zaczął mi działać program kadrowo-płacowy a w piątek dostałam wypowiedzenie. Powód? Nie słuchałam dokładnie, bo byłam ogłuszona, ale było o innych oczekiwaniach i i o tym, że jednak nie jestem potrzebna.
Skończyło się zanim się zaczęło.
Nic z tego nie rozumiem.
Jeśli ktoś chce mnie odwiedzić w Berlinie to zapraszam szybko, bo zostanę jeszcze kilka tygodni i wracam do kraju szukać pracy.

I to by było na tyle.

czwartek, 13 września 2018
cholerni rowerzyści

Jak tylko podjęłam decyzję o przeprowadzce do Berlina, wiedziałam, że zabiorę rower. „Wszędzie ścieżki” - mówili, „przyjazny rowerzystom” - namawiali.

Zabrałam i mam. Jestem tu prawie dwa tygodnie i jak kocham swój rower tak nienawidzę rowerzystów. Nie widziałam tu jeszcze korka samochodowego, ale już dwa razy widziałam jak się rowery na skrzyżowaniu zapętliły.

Przede wszystkim Ci cholerni rowerzyści są wszędzie. Wszędzie. Na ulicy, na ścieżkach rowerowych i na chodnikach dla pieszych. Jeżdżą jak potłuczeni bez jakichkolwiek zasad i kompletnie bezmyślnie jakby byli u siebie na wsi. Po każdej stronie, w każdą stronę i bardzo szybko. Rowerem jeżdżą wszyscy od lat kilku do stu kilku. Rowerem też wożone są dzieci. W koszykach na bagażniku, w koszykach na kierownicy, w wózkach ciągnionych a la kareta, w wózkach pchanych a' la riksza. Ledwie taki pędrak nauczy się nogami przebierać, to się przesiada na własny rower. Więcej rowerów niż samochodów. Horror.

 

 

Nie to nie są rowerki do domku Barbie, tylko prawdziwe jednoślady spotykane na ulicach. Słowo daję bałabym się po Berlinie jeździć samochodem, bo założę się , że takiego czegoś nawet nie widać zza kierownicy.

 

Sama mam parę grzeszków na sumieniu, więc wiem co mówię.

Pierwszego dnia kilka razy wtarabaniłam się pod koła innym rowerzystom, bo omijałam przeszkody, skręcałam albo zatrzymywałam się bez rozglądania najpierw. Drugiego dnia dostałam kask od firmy, nabrałam nieco pewności i omal nie rozjechałam jakiejś baby, bo mi wjechała pod koła znienacka, przywaliłam w zęby jednemu takiemu, który mnie wymijał jak sygnalizowałam zamiar skrętu i niemal nie zderzyłam się czołowo z jakimś typem, który upierał się, żeby mnie ominąć z prawej. Pewnie jakiś Anglik. Albo leworęczny. Już trzeciego dnia zaczęłam po prostu jeździć ulicą, bo bezpieczniej.

Na ulicy obowiązują zasady ruchu drogowego, słowo. Samochody zachowują odstęp i uważają. Są światła, znaki i jasne reguły gry. I jesteś trochę świętą krową. Na ulicy nie wkręcają ci się w pedały krasnoludki na rowerkach i i samobójcy nie rzucają się pod koła i idioci nie wyprzedzają cię z prawej. Na ulicy zostaje czysta rozkosz przemieszczania się. Często dużo sprawniejsza niż komunikacją miejską.

 

Ps. Zdjęć nie da się robić w szczycie, bo trzeba uważać na rowerzystów:)

Ps.2 Z dedykacją dla małgośki 



czwartek, 06 września 2018
więcej powietrza do oddychania

Naprawdę dawno nie byłam tak "na swoim miejscu". To tylko pięć dni a ja wiem, że to Berlin moje miasto. A może raczej ja zostałam podstępnie zdobyta i należę do tego miasta? Pod poprzednią notką Milena zamieściła link do Markthalle Neun. To umówiłam się tam z moją córką po pracy, bo miałam blisko:).

- Może Ikea? Ta jest zawsze daleko - powiedziałam córce

Sprawdziła. Mam trzy Ikee w pobliżu. Niemal w środku trójkąta ikeowego mieszkam. Do najbliższej mam pół godziny rowerem. 

Zakochałam się w tym mieście i czuję jakoś więcej powietrza do oddychania. To miłe uczucie.

Dziś mieli mi fachowcy wymienić piec do centralnego ogrzewania na nowy i wynieść łóżko (miałam dwa, poprosiłam właściciela, żeby jedno zabrał). Zapowiedzieli się na ósmą, przyszli za dziesięć ósma i nie chcieli kawy. I jeszcze po sobie pozamiatali.

O pracy oddzielnie napiszę, bo to moje pierwsze doświadczenie z korporacją. Mam wrażenie, że trzymają mnie za uzdę i  pilnują, żebym się za bardzo nie wyrywała. Na razie:).

 

 

 

 
1 , 2