twierdzę , wątpię , pytam
czwartek, 13 września 2018
cholerni rowerzyści

Jak tylko podjęłam decyzję o przeprowadzce do Berlina, wiedziałam, że zabiorę rower. „Wszędzie ścieżki” - mówili, „przyjazny rowerzystom” - namawiali.

Zabrałam i mam. Jestem tu prawie dwa tygodnie i jak kocham swój rower tak nienawidzę rowerzystów. Nie widziałam tu jeszcze korka samochodowego, ale już dwa razy widziałam jak się rowery na skrzyżowaniu zapętliły.

Przede wszystkim Ci cholerni rowerzyści są wszędzie. Wszędzie. Na ulicy, na ścieżkach rowerowych i na chodnikach dla pieszych. Jeżdżą jak potłuczeni bez jakichkolwiek zasad i kompletnie bezmyślnie jakby byli u siebie na wsi. Po każdej stronie, w każdą stronę i bardzo szybko. Rowerem jeżdżą wszyscy od lat kilku do stu kilku. Rowerem też wożone są dzieci. W koszykach na bagażniku, w koszykach na kierownicy, w wózkach ciągnionych a la kareta, w wózkach pchanych a' la riksza. Ledwie taki pędrak nauczy się nogami przebierać, to się przesiada na własny rower. Więcej rowerów niż samochodów. Horror.

 

 

Nie to nie są rowerki do domku Barbie, tylko prawdziwe jednoślady spotykane na ulicach. Słowo daję bałabym się po Berlinie jeździć samochodem, bo założę się , że takiego czegoś nawet nie widać zza kierownicy.

 

Sama mam parę grzeszków na sumieniu, więc wiem co mówię.

Pierwszego dnia kilka razy wtarabaniłam się pod koła innym rowerzystom, bo omijałam przeszkody, skręcałam albo zatrzymywałam się bez rozglądania najpierw. Drugiego dnia dostałam kask od firmy, nabrałam nieco pewności i omal nie rozjechałam jakiejś baby, bo mi wjechała pod koła znienacka, przywaliłam w zęby jednemu takiemu, który mnie wymijał jak sygnalizowałam zamiar skrętu i niemal nie zderzyłam się czołowo z jakimś typem, który upierał się, żeby mnie ominąć z prawej. Pewnie jakiś Anglik. Albo leworęczny. Już trzeciego dnia zaczęłam po prostu jeździć ulicą, bo bezpieczniej.

Na ulicy obowiązują zasady ruchu drogowego, słowo. Samochody zachowują odstęp i uważają. Są światła, znaki i jasne reguły gry. I jesteś trochę świętą krową. Na ulicy nie wkręcają ci się w pedały krasnoludki na rowerkach i i samobójcy nie rzucają się pod koła i idioci nie wyprzedzają cię z prawej. Na ulicy zostaje czysta rozkosz przemieszczania się. Często dużo sprawniejsza niż komunikacją miejską.

 

Ps. Zdjęć nie da się robić w szczycie, bo trzeba uważać na rowerzystów:)

Ps.2 Z dedykacją dla małgośki 



czwartek, 06 września 2018
więcej powietrza do oddychania

Naprawdę dawno nie byłam tak "na swoim miejscu". To tylko pięć dni a ja wiem, że to Berlin moje miasto. A może raczej ja zostałam podstępnie zdobyta i należę do tego miasta? Pod poprzednią notką Milena zamieściła link do Markthalle Neun. To umówiłam się tam z moją córką po pracy, bo miałam blisko:).

- Może Ikea? Ta jest zawsze daleko - powiedziałam córce

Sprawdziła. Mam trzy Ikee w pobliżu. Niemal w środku trójkąta ikeowego mieszkam. Do najbliższej mam pół godziny rowerem. 

Zakochałam się w tym mieście i czuję jakoś więcej powietrza do oddychania. To miłe uczucie.

Dziś mieli mi fachowcy wymienić piec do centralnego ogrzewania na nowy i wynieść łóżko (miałam dwa, poprosiłam właściciela, żeby jedno zabrał). Zapowiedzieli się na ósmą, przyszli za dziesięć ósma i nie chcieli kawy. I jeszcze po sobie pozamiatali.

O pracy oddzielnie napiszę, bo to moje pierwsze doświadczenie z korporacją. Mam wrażenie, że trzymają mnie za uzdę i  pilnują, żebym się za bardzo nie wyrywała. Na razie:).

 

 

 

wtorek, 04 września 2018
nowa dziewczyna w mieście

Znacie ten dowcip o pewnej czarownicy, która mieszkała za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami? Otóż pewnego dnia ta czarownica  wyszła sobie pewnego dnia przed dom, rozejrzała się i rzekła:

- Qrwa, jak ja mam wszędzie daleko!

Przeprowadziłam się do Berlina w sobotę i mam zupełnie odwrotnie niż ta czarownica. Od trzech dni nie mogę się nadziwić, jak ja mam wszędzie blisko. Do pracy 10 minut rowerem, wszystkie interesujące mnie sklepy w pobliżu, ze trzy restauracje i kilka pubów pod nosem. Poczta, apteka, kino, zajęcia jogi, serwis rowerowy, dwa bankomaty i co tam jeszcze sobie wymyślę -  normalnie na wyciągnięcie ręki. Galeria? Łaźnia? Ależ proszę!

Tylko na rowerzystów trzeba uważać, bo jeżdżą jak potłuczeni. Dostałam kask od firmy i taka byłam zadowolona, że omal dziś dwóch osób nie rozjechałam.

Będę częściej pisać blog, gdyż facebook nie widzi połączenia z internetem i nie mam dostępu do swojego konta. Wszystkie inne strony widzą a ten nie widzi - "nie mamy pana płaszcza i co nam pan zrobi". Nic to.

Mieszkanie małe i wyposażone. Z naczyniami i sztućcami włącznie*. Meble - powiedzmy - jak z wystawki ściągnięte, ale czyste.Przede wszystkim mieszkanko ma potencjał, więc na pytanie

- Co ty tam masz w tym mieszkaniu?

Odpowiadam z przekonaniem:

- W tym mieszkaniu to ja mam pole do popisu:)

Zrobiłam całą serię zdjęć i powoli będę przygotowywać galerię: "tak było" - "tak jest"

Jak się poczuję "u siebie" to zamieszczę.

 

*Lolka przyjechała, żeby pomóc mi się pakować, bo nie znoszę i nie umiem tego robić. Podzieliła rzeczy sprawnie na: do zabrania - do przechowania - do wyrzucenia. Dzień przed podróżą dostałam  jakiejś irracjonalnej gorączki i próbowałam wyjmować rzeczy ze śmietnika i wmawiać jej, że wyrzuca mój cenny dobytek.

- Dobre ołówki! Dlaczego wyrzucasz ołówki? - lamentowałam nad śmietnikiem zupełnie jak moja Mamut, kiedy 20 lat temu chciałam wyrzucić łańcuch od krowy. Nie, nie miałyśmy już krowy. Nie, nie zamierzałyśmy mieć.

- Matko! Urwę ci głowę i do szyi wetknę te ołówki - zagroziła mi - i dosypię te pół paczki orzeszków, które chowasz za plecami.

Duch Mamuta przeprowadził się ze mną.