twierdzę , wątpię , pytam
czwartek, 18 sierpnia 2016
zalążek

Melduję posłusznie, że piszę "Wariacki gen" (tytuł roboczy):

 

13 kwietnia 1908 r. o godzinie siódmej wieczorem Gazeta Lwowska* wydała dodatek nadzwyczajny i informujący  o  śmierci Namiestnika Galicji, hrabiego Andrzeja Potockiego. Namiestnik został zamordowany dzień wcześniej podczas audiencji,  na której zamachowiec strzelił do niego z rewolweru czterokrotnie.  Ranny Potocki zdążył jeszcze wydać ostatnie dyspozycje urzędowe, podyktować testament, wyspowiadać się  i pożegnać się z ukochana żoną słowami  „Tyś była moim słońcem światem i szczęściem przez całe życie”. Zamach na Namiestnika Galicji  wstrząsnął opinią publiczna w kraju i za granicą a tymczasem w domu Bednarczyków  nie mniejsze poruszenie wywołał fakt, że najstarsza córka Ksenia nie chciała iść za mąż.

 - Gdyby ojciec nie był dla ciebie taki  miękki to byś mi taką niewdzięcznością nie odpłacała - perorowała matka chodząc wzdłuż  pokoju  przed siedząca na sofie Ksenią. Cztery kroki w jedną, cztery kroki w drugą i tak energicznie robiła zwroty, że jej się spódnica zawijała wokół  kostek – I proszę! Anarchia we własnym domu!

- Powiedz coś jakżeś ją tak rozpuścił jak dziadowski bicz

- Duszko…

- Nie duszkuj mi teraz bo mnie tu zaraz co zadusi na miejscu – przerwała energicznie, wiedząc, że wsparcia się nie doczeka -  Musiała mnie matka przekląć i dlatego mnie los taką córką pokarał.

 - Do szkół bym chciała? – cicho ale twardo oświadczyła Ksenia

- Czyś ty zdurniała całkiem od tych książek? Po co do szkoły? Już ty szkoły masz aż nadto. Niczego dobrego się z książek nie nauczysz. Jak chcesz się uczyć, to na ręce gospodyni patrz,  żebyś umiała obiad wydać. Ja już siły do ciebie nie mam. Mnie już wstyd przed ludźmi. Żebyś ty chociaż jaka krzywa była albo sucha, to by mnie chociaż  żałowali. A tak to się śmieją, że taka dumna byłam , że  najładniejsza panna w okolicy i  siedzi na koszu,  bo żem nie umiała do rozumu przemówić.  Do grobu mnie wpędzisz  i jak ci matki zabraknie to zrozumiesz coś narobiła.  Głupiaś jak but i nic nie rozumiesz. Kiedyś to inne czasy były.  Gdzieżbym ja się matce ośmieliła w oczy patrzeć i okoniem stawać. Toż by mnie grom z jasnego nieba na miejscu trafił za taki ciężki grzech. Teraz to się młodym w głowach poprzewracało.

Ksenia miała 16 lat i charakter.

- On jest stary i jakiś taki na twarzy czerwony. Ojciec mówili, że nie muszę,  jak nie chcę. A ja go nie chcę! – odpowiadała zupełnie bez respektu.

 Owszem siedziała z grzecznie złożonymi rękoma, kontrast stanowiąc dla żywo gestykulującej matki, ale ani na chwile nie spuściła głowy i za matką wodziła wzrokiem.

- Zatłukę tego twojego ojca, jak mi bóg miły! – pomstowała matka pod nosem - nie odzywa się jak trzeba a jak nie trzeba to tylko tym jęzorem szkód narobi! Niby uczony  a głupi jak but. Ja od razu wiedziałam, że z tego twojego łażenia za ojcem  i przesiadywania w bibliotece to nic dobrego nie będzie i doczekałam się - Nikt cię siłą do ślubu wlókł nie będzie, chociaż gdyby to ode mnie zależało… - ugryzła się w język, bo już wiedziała, że groźbą rady córce nie da.

-  Nie musisz, dziecko drogie – zmieniła nagle  front -  ale masz chcieć za niego iść.

Matka przysiadła na sofie:

-  Jak  mam ci do rozumu przemówić? Ja bym matkę  po rękach całowała z wdzięczności. Chłopak może niewyględny, ale to tylko atut,  podziękujesz mi jak już mężatką  będziesz.  Zalety męża nie na wystawie, tylko na zapleczu mają być.  Wspomnisz matki słowa. Stateczny,  trzydziestkę skończył,  niczego mu nie brakuje i rodzina porządna. I cię chce. Mogłabyś żyć, jak zechcesz, bo ulepisz jak glinę. Może ci się nawet uczyć da. Czy ty myślisz, że ja bym ci na źle chciała?

 Niespełna miesiąc później,  kiedy Galicja żyła skandalem  wywołanym przez  Irenę Solską, która wyszła  nago na scenę teatru w Krakowie, Ksenia została narzeczoną aptekarza Piotra (poszukać  nazwiska).

 Ślub wyznaczono na drugi dzień Bożego Narodzenia jeszcze w tym samym roku.  Przyjęcie weselne było skromne a dwa dni później wieczorem, prawie w noc łomotanie do drzwi postawiło na nogi cały dom. Myśleli wszyscy, że pożar i już mieli dzieci budzić, ale w drzwiach pokazała się  potargana cała i garderobie w nieładzie Ksenia:

- Nie wrócę do niego choćbyście mnie kołem łamali. Albo mnie przyjmiecie, ale tu zaraz jak stoję na tory pójdę.

Nie powiedziała więcej mimo zaklinania i płaczu jakby się zacięła. W końcu dali spokój i wezwali księdza. Kapłan odpowiednio przekonany podjął się unieważnienia sakramentu jako  non consumatum. Coś musiało być na rzeczy, bo porzucony mąż nie protestował i nawet jakby wdzięczny Kseni za milczenie był.

28 grudnia 1908 r. Messyna i Regio di Calabria dotknięte zostały trzęsieniem ziemi tak potężnym, że wstrząsy wywołały tsunami, a kilkunastometrowa fala, która uderzyła przed świtem, porwała jedną trzecią  mieszkańców. Kataklizmu pochłonął ponad 80 tys. ofiar śmiertelnych.
Messyna nigdy nie odzyskała dawnej świetności, przez wiele lat Włosi nazywali ją Martwym Miastem. A matka Kseni dziękowała  Bogu za zagładę, dzięki której nikt nie zawracał sobie głowy porzuconym aptekarzem, ale do Kseni nie odezwała się do końca życia  nazywając ją „martwą córką”.

* http://jbc.bj.uj.edu.pl/dlibra/plain-content?id=32782  Gazeta Lwowska

 

 

Bez redakcji, bez korekty, pierwszy szlif. I co myślicie?

wtorek, 14 czerwca 2016
wariacki gen

Moje drzewo genealogiczne zaczyna się od babki Olgi po mieczu i Kseni po kądzieli. Głębiej trudno mi sięgnąć, bo nie wiem, gdzie szukać . Obie babki wyszły za mąż  wbrew swoim rodzinom, uzbrojone głownie w charakter przeżyły dwie wojny światowe, odzyskanie niepodległości, odebranie niepodległości i wiele walk o kształt siebie. Nie wiem, czy się znały, nie ma to teraz znaczenia. I tak by się nie lubiły

Olgę zdążyłam poznać, Ksenię znam tylko z opowieści. Noszę w sobie te opowieści, dorzucam do nich historię moich ciotek, mojej matki, moich sióstr i swoją. Wszystkie te historie siedzą we mnie, kipią, mieszają się i mają wpływ. Chciałabym je opisać, złapać dystans, ale jeszcze nie umiem. Widzę siebie w tych wszystkich kobietach i widzę je wszystkie w mojej córce.

- Ty i te Twoje historie! - mówi przyjaciółka z mieszanką podziwu i niedowierzania 

Chętnie karmię się podziwem, choć sama czasem nie dowierzam. Waham się (nie jest to kokieteria), bo kobiety w mojej rodzinie* (wbrew temu, co usiłowała mi wmówić matka) to nie łagodne anioły z pokorą "niosące swój krzyż" i  może nie chciałyby, żeby je wywlekać na światło dzienne.  Waham się też, bo tam, gdzie w grę wchodzą emocje, relacje świadków, dramaty ludzkie, tam prawda jest kwestią interpretacji.

Historia moich przodkiń to moja historia, to mój dosłownie rozumiany matrix - macierz - macica. Źródło, sens i cel życia.

Wujek Ludwik powiedział mi kiedyś, jak wywołałam skandal rozwodem w rodzinie.

- Ani ty pierwsza aferzystka w rodzinie, ani ostatnia, zobaczysz.  Wszystkie jesteście Żółyniaczki, krew z krwi, nagiąć się żadna nie umie. Człowiek w twoim wieku myśli,  że  dzieci zawsze będą dziećmi a starzy zawsze byli starzy. Myśli też, że wszystkie rozumy zjadł i się rwie do pouczania. A tymczasem  córka, matka i babka z jednej matrycy odbijane. Kłamią wszystkie na potęgę - i twoja matka i twoje ciotki. Moja Rózia się wyrodziła,  łgać nie umie, wszystkim wierzy  i  dlategom ją wziął. A przed wojną to dopiero Żołyniaczki rozrabiały, niejeden chłop głowę stracił. 

Opowiedzieć Ci o babce Kseni?

 

 

 

 

* Szeroko pojętej rodzinie - i tej najtrudniejszej związanej łańcuchem DNA, i tej którą sobie sama wybrałam do życia, i tej wyrosłej z korzenia wspólnych doświadczeń.