twierdzę , wątpię , pytam
sobota, 13 czerwca 2015
kochany pamiętniczku

ON

Poznaliśmy się w czwartek w supermarkecie. Przypadek, wcale tego nie planowała. Towarzyszyła przyjaciółce w zakupach rozglądając się leniwie. I to był piorun sycylijski. Wiem, że jestem przystojny i robię wrażenie, ale od jej pierwszego spojrzenia i delikatnego muśnięcia poczułem, że mam też  wnętrze.

Wypadki potoczyły się błyskawicznie. Czwartkowy wieczór spędziliśmy na pierwszej randce. Bardzo grzecznie rozmawiając i snując marzenia, ale  wyobraźnia nam pracowała. Powiedziała nawet, że miała zamiar rzucić się na mnie zaraz po przekroczeniu progu mieszkania, ale się rozmyśliła i zdecydowała, że rozkosz będzie większa, kiedy oddamy się jej następnego dnia na plaży.

W piątek było naprawdę cudownie i romantycznie. Poszliśmy na dłuuugi spacer wzdłuż plaży i chłonęliśmy miłość i słońce i cieszyliśmy się rosnącym pożądaniem. Ta chmura deszczowa pojawiła się zupełnie znienacka, więc zebraliśmy się w pośpiechu i do Olsztyna wracaliśmy już w milczeniu i w strugach deszczu. Trochę mi było żal, że (przepraszam za wyrażenie) nie skonsumowaliśmy związku. Może wywierałem za dużą presję, byłem za blisko, zbyt gotowy? Przytłoczyłem ją?

Przed domem się zawahała, niby mnie przytuliła, ale jakoś tak niezdarnie, jakby nie była pewna, czy chce mnie zabrać do siebie na górę. Zupełnie mnie to wytrąciło z równowagi i niestety nie zachowałam godności. Padłem jej do stóp i okazałem jak bardzo rozbiła moje kruche serce. 

Poszliśmy jednak na górę, przez krótką chwilę znów poczułem się kochany i pożądany. Jej cudowne ręce sprawiły, że stanąłem nagi, jej usta dały mi przedsmak nieba. Zawirował mi świat i zanim się zorientowałem zrobiło się ciemno i zimno. 

Czy ona mnie kocha, drogi pamiętniczku?

 

ONA

Wcale nie chciałam robić zakupów, ale wpadł mi w oko w dziale warzywniczym. Od tygodnia jem niemal wyłącznie truskawki, wiec pomyślałam, że arbuz byłby miłą odmianą. A ten był wyjątkowo urodziwy i co tu dużo gadać - łatwy. Kupiłam  z myślą o wieczorze, ale jednak zdecydowałam się zjeść go następnego dnia na plaży.  Wybierałyśmy się do Sztutowa z przyjaciółką.

Tak. Pojechałam nad zatokę z arbuzem, leżałam z nim na plaży, poszłam z nim na spacer i ostatecznie nie nabrałam apetytu. Za bardzo się nagrzał. Jak wróciłam, przed samym domem wyśliznął mi się z rąk i niemal rozbił. W domu zjadłam kawałek a resztę zmiksowałam i zamroziłam. 

Na kolacje zrobiłam truskawki ze śmietaną. Chyba jeszcze nie czas na fazę arbuzową. 

Tylko się udźwigałam. 

środa, 31 grudnia 2014
żmija mija

Jak to się jednak człowiek zmienia.

Mam przyjaciółkę od dzieciństwa. Ostatnio rzadko się widujemy, ale to jedna z tych znajomości, w  których po 2 latach przerwy można spokojnie wrócić do przerwanego wątku rozmowy. Może nieco na wyrost nazywam ją przyjaciółką, skoro przyjaźń zdefiniowałabym przede wszystkim jako OBECNOŚĆ, ale jest to osoba, która nigdy mnie nie zawiodła, nigdy się nie kłóciłyśmy, nigdy mnie nie okłamała i nigdy nie była złośliwa wobec nikogo.  Jest najlepszą osobą jaką znam ze swoją ufnością, szczerością, gotowością do niesienia pomocy i wiarą w ludzi graniczącą z naiwnością. Nie słyszałam, żeby powiedziała o kimś coś złego. Jest tak dobra, że doprawdy głupio się robi.

Uwielbiam ją i podziwiam, chociaż przyznam, że zdarza mi się słuchając jej kiwać głową z politowaniem.

Moje przyjaciółki mnie kochają (z wzajemnością), ale nie mogłyby o mnie tego powiedzieć. Niestety muszą mnie kochać z moimi zachowaniami, z których nie zawsze jestem dumna. Nie wiem czy to łatwiej czy trudniej?

Kiedyś ceniłam u ludzi inteligencję i język cięty jak brzytwa. Złośliwość traktowałam jak oznakę inteligencji. A teraz zaczynam doceniać mądrość. Owszem nadal lubię złośliwe, sarkastyczne, wredne postaci literackie czy filmowe, owszem doceniam bystrość umysłu, który potrafi słowem smagnąć jak batem. Jeśli mnie nie dotyka. W życiu odcinam się od tych, których specjalnością towarzyską jest umiejętność poprawiania sobie samopoczucia złośliwością wobec innych. A znam takich, co w każdym potrafią sprawnie znaleźć słaby punkt. Jeszcze nie dawno podjęłabym rękawice i ostrzyłabym sobie  język odpowiadając szpilą za szpilę. Już mi się nie chce. Chyba mi zęby jadowe rdzewieją:)

Taką mam refleksję, bo po internetach chodzą memy, że przyjacielowi, to można powiedzieć najgorsze rzeczy, śmiać się z niego, wytykać słabości i w ogóle dać sobie spokój z ta całą etykietą. W myśl im bliżej, tym więcej wolno. Otóż nie.

W walce z własną skłonnością do złośliwości mam jeszcze jedną motywację, ale ta potrzebuje małego wstępu.

Uczono mnie, że dobrze jest wprowadzać element zaskoczenia. Ludzie są leniwi i nie należy im ułatwiać i zachowywać się tak całkiem zgodnie z oczekiwaniem.  Dlatego zawsze kiedy ubrałam jak zdzira, to zachowywałam się jak zakonnica. Jak wychodziłam ubrana po zęby to mogłam sobie pozwolić na frywolne aluzje.

Najbardziej klęłam jak miałam 12 lat. Uczyłam się od koleżanki (ona uczyła się od starszych braci) w podstawówce. Do dziś pamiętam (i się wstydzę) miny starszych, kiedy słyszeli jak wyrażają się te dwa jasnowłose i niebieskookie aniołki. Że też nikt Mamutowi nie doniósł!

Teraz,  w myśl zasady o wprowadzaniu elementu zaskoczenia, skoro zbliżam się do wieku, kiedy zaczynam wyglądać jak jędza* to postanowiłam być uroczą starszą panią, pachnąca szarlotką. Nie, żeby od razu, od nowego roku, ale się postaram. Howg!

 

 

*to nie jest stwierdzenie kokieteryjne. Jeśli nie jestem podrzutkiem, to płynie we mnie krew babci Olgi i Mamuta. Obie były pięknymi kobietami przez całe życie, obie też nabrały z wiekiem takiego rysu Baby Jagi. Raczej typ Grodzieńskiej niż Szaflarskiej. Jasne? Nie spodziewam się, że padnę daleko od jabłoni.

 

 

 

 

 

piątek, 05 września 2014
po dwóch miesiącach

Z jednej strony efekty mogłyby być bardziej spektakularne, bo tak sobie chodzę i chudnę a wcale nie widać. Na razie zgubiłam 5 kilo i po trzy centymetry w biodrach i talii i żadnej reakcji otoczenia. Że "Super" i "ale schudłaś...!". Normalnie żadnego dodatkowego bodźca a przede mną jeszcze drugie 5 kilo. I w zależności od tego jak to będzie rozmiarowo wyglądało być może jeszcze kolejne 5 kilo. Jeśli utrzymam tempo a umówmy się, że jest jednak ślimacze) to w nowy rok wejdę w ukochanych dżinsach z ogólniaka.

Mimo prześladującego mnie (wciąż) autobusu "36" moim celem jest 38. Chodzenie weszło mi w nawyk i już mnie samo pcha, jak przychodzi moja pora. Ambitny plan uczenia się przy tym języków obcych zawiesiłam na razie na gwoździu, bo jednak trudno mi się uczyć po całym dniu wysiłku intelektualnego. Poza tym czasem chodzę z przyjaciółką (jak nam się zegarki zsynchronizują) a ona gada.  No dobra, ja też gadam:). Godzina nam mija jak kwadrans. Uczę się tylko w weekendy.

Postanowiłam moją pasję filmową ująć w jakieś ramy i uporządkować. Założyłam blog tematyczny i tu już nie będzie notek o filmach. 

To tyle u mnie.

 

wtorek, 15 lipca 2014
projekt "10 tysięcy"

29 czerwca byłam u przyjaciółki na kawie. Siedzimy. Gadamy. Pijemy sobie kawę na balkonie. Normalnie jak u Kochanowskiego pod lipą. Przegrzałam się czy jakiejś innej pomroczności jasnej dostałam - nie wiem. Poszłam skorzystać z toalety, zarejestrowałam obecność wagi i jak ta durna, kompletnie pozbawiona instynktu samozachowawczego, wlazłam na tę wagę. Niestety cyferki na wadze już zarejestrowałam rozumem. Wypaliły mi wręcz dziurę w mózgu. Nie mam pojęcia dlaczego byłam przekonana, że schudnę jak przestanę pić. W sensie, że alkohol zamienię na wodę. Widocznie za mało piłam. Waga wskazywała taką liczbę, że zasadniczo jako naturalna blondynka nie powinnam umieć do tylu liczyć. 

Pasę się zwykle proporcjonalnie, ciuchy lubię wygodne, cycki mam zajebiste a przyjaciółki życzliwe. No mogłam nie zauważyć? Nie zauważyłam.

Po tym, jak zobaczyłam, ile ważę wstałam i poszłam płakać do lasu. Nie,  to nie jest taka figura retoryczna. Naprawdę poszłam. Las mam blisko, pogoda była piękna a ja miałam wygodne buty. Tylko płakać nie mogłam, bo ruch był jak na Marszałkowskiej. Rowerzyści, biegacze, spacerowicze. Pary, single, rodziny i całe wycieczki. Entuzjaści spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu, psiakrew,  cholera!

Uderzyła mnie ta waga  jak obuchem, bo uświadomiłam sobie, że jak następnego takiego skoku nie zauważę, to już mogę nie dać rady zawrócić. A przecież jak mam długo żyć, to wolę być zdrowa i sprawna. Diet krótkoterminowych nie toleruję, przemiany materii sobie podkręcać sztucznie nie zamierzam, bo jestem pewna, że jak człowiek szybciej przetwarza , to się wcześniej zużywa (to przekonanie z gatunku " takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam") a na forsowne treningi jestem za leniwa. Jeśli mam coś zmieniać to na stałe - postanowiłam.

Biegać nie lubię. Basen uwielbiam, ale systematycznie wychodzi dość kosztownie. Kajaki, żagle i wszelkie formy aktywności na wodzie kocham, ale uczciwie przyznam, to raczej sporadyczna rozrywka. Mogę i nawet lubię ćwiczyć w domu, ale tu akurat brakuje mi konsekwencji, żeby ćwiczyć codziennie. W domu zawsze znajdzie się coś bardziej atrakcyjnego:)

Ale znam siebie i wiem, że potrafię być ZAWZIĘTA przy odpowiedniej motywacji.

Zrobiłam po tym lesie 11 kilometrów i wymyśliłam.

Pięć posiłków  i  10 tysięcy kroków dziennie. 100 kroków robię w 48 sekund (średnio) czyli 1000 kroków w 8 minut a 10 tysięcy w godzinę i 20 minut. Tyle postanowiłam maszerować. 

Chodzenie jest dostępne, tanie i nie wymaga dużych inwestycji. Zainwestowałam więc w kartę do telefonu i słuchawki i odkopałam wszystkie moje kursy językowe, które na fali zapału kupowałam, i na których osiadł kurz. Bo kto ma wolną godzinę dziennie na naukę języka? Zgarnęłam też kilka audiobooków. 

Następnego dnia znów poszłam do lasu. Nie był to dobry pomysł. Ludzkość chodzi po lesie raczej w niedzielne słoneczne popołudnie niż w poniedziałkowy deszczowy  wieczór. Nie mogłam się skupić na "Cesarzowej", bo ciągle miałam wrażenie, że ktoś za mną idzie. A dookoła akurat żywej duszy, mogłam szlochać w głos. Tylko akurat już mi się nie chciało. Postanowiłam jednak w tygodniu chodzić po mieście. 

Trzeciego dnia miałam kryzys. Objawiły się zakwasy w mięśniach śródstopia prawej nogi (sama się zdiagnozowałam, jak zawsze). "Nic to, może rozchodzę" pomyślałam. I rozchodziłam:) Olsztyn jest piękny a Zatorze najbardziej. Staram się nie chodzić cały czas tą samą trasą, poznaję miasto. Córka cierpliwie mnie wspiera.

- Już czwarty raz minęłam "36" - złożyłam raport na wszelki wypadek szeptem - myślę, że mnie śledzi?

- Mamo, autobus "36" jeździ po Zatorzu. Jak go spotkasz w lesie, to się zaczniemy martwić:)

 

Innego dnia umówiłam się na plaży z przyjaciółką. Miałam dojść.

- Zabłądziłam - zameldowałam

- Jak mogłaś zabłądzić na Bałtyckiej, przecież ona się ciągnie cały czas prosto a miałaś iść do numeru 89??? Tam by nawet ślepy, głuchy i niedorozwinięty nie zabłądził -zdumiała się Lolka

- Ja jestem inteligentna i mam talent - wyjaśniłam nieco urażona - Zabłądziłam.  Od kilku minut wszystkie tabliczki mówią mi, że jestem na Brzozowej.

- Mamo, jak ty się w lesie nie gubisz??? - zapytała

- Las jest przyjazny i mówi, gdzie jesteś - tłumaczyłam - Harcerką byłam parę lat. A miasto to dopiero dżungla. Wszystko się zmienia a ludzie zakładają, że wiesz, która to lewa i prawa

Drugi kryzys miałam ósmego dnia. Zachciało mi się chodzić w upale i spuchłam jak serdelek. Opuchnięta byłam po całości od stóp przez dłonie po twarz. Ja! Która całą ciążę przelatałam na szpilkach bez najmniejszego puchnięcia.

Zaparzyłam pęczek natki pietruszki (stare mamucine sposoby) i przez noc "odpuchłam".

Zważyłam się dokładnie dwa tygodnie później (na tej samej wadze) pełna nadziei. W końcu kondycja mi się poprawiła a hiszpański idzie mi coraz lepiej. No i chyba zaczęłam się przyzwyczajać do tych wieczornych wyjść, bo mi się przed wyjściem włącza śmigło w tyłku:). Waga ledwie drgnęła. Właściwie nie wiem, czy mogę liczyć ten kilogram mniej, bo kilogram to może być kwestia ubrania.

Ale nie zrażam się:) Zobaczę za dwa tygodnie tendencję i wtedy ewentualnie pomyślę o wspomaganiu. Nie zależy mi  efekcie - cud 15 kilo w miesiąc.

Zależy mi na trwałej zmianie.

 

Wczoraj kierowca "36" mi się ukłonił. Ha! Coś jest na rzeczy.