twierdzę , wątpię , pytam
sobota, 27 stycznia 2018
kryzys roku siódmego

Hanę poznałam ponad 15 lat temu na jakimś szkoleniu branżowych, z którego razem uciekłyśmy po podpisaniu listy i poszłyśmy do restauracji hotelowej na kawę. Rzadko się spotykałyśmy, bo dzieliło nas 100 kilometrów. Ale utrzymywałyśmy kontakt. Jak znam siebie to raczej Hana utrzymywała, bo ja naprawdę jestem kiepska w dbaniu o przyjaciół na odległość. To znaczy owszem staram się mieć czas i zawsze się cieszę z kontaktu i tęsknie bardzo, ale nie dzwonię. Nie znoszę dzwonić.  Przepraszam.

Od siedmiu lat pracuję z Haną. Uściślając – od siedmiu lat Hana jest moją szefową. I najbliższą przyjaciółką. Nie dość, że niemal codziennie widzimy się w pracy to jeszcze mieszkamy kilkaset metrów od siebie. Ostatnio miałyśmy kryzys w komunikacji za sprawą jednego trudnego klienta. Już mi się gromadziła na nią złość, już zaczynało tańcować poczucie krzywdy ("jaka ona niesprawiedliwa") z poczuciem winy ("jaka ja jestem nieszczera")

- No jak mnie wkurza jak Ty tak lecisz i nie słuchasz! – powiedziała mi któregoś dnia – przyjdź do mnie z kalendarzem i zapisz: „policzyć do trzydziestu zanim wyjdę od Hany albo zanim się rozłączę”

Zapisałam i zaczęłam liczyć. W złości na początku i nieco ostentacyjnie, ale pomogło. To kwestia zaufania oczywiście, bo nikt inny by mnie nie zmusił do tak absurdalnej czynności.  Dogadałyśmy się z czasem i wobec trudnego klienta mamy wspólny front. Kryzys zażegnany.  

Przeglądając archiwalne pamiętnikarskie zapiski trafiłam na taki fragment z 6 marca 2009 roku

„Jak zaczynam się zapadać, to ratują mnie kalendarz i plan. No ci, co mnie znają, to się pewnie uśmiechnęli przy słowie "plan". Najgorsza w zapadaniu jest spirala autodestrukcyjnych myśli. Zaczyna się od "tracę czas" a potem już z równia pochyła:
„nic nie robię”
„nic nie umiem”
„do niczego się nie nadaję”
„lepiej by było, gdyby mnie nie było”

„co zrobić, żeby mnie nie było”

 

Od lat  (od urodzenia Lolki) staram się, żeby na etapie "nic nie robię" włączyć do walki kalendarz i do etapu myśli samobójczych w ogóle nie dochodzę. Zapisuję codziennie, co zrobiłam dobrego i co zamierzam zrobić jutro, aż do pozbierania się. Pierwsze „plany” wyglądały tak:
wstać rano i zawieźć córkę do szkoły, napalić w kominkach,oddychać.
Wieczorem zapisywałam: wstałam, odwiozłam, oddychałam.  

Jutro przebiorę się rano z pidżamy w ubranie i zrobię zakupy. Umyję włosy wieczorem. Jutro nie wezmę nic na sen. Przyjaciele? Nie mam ich w planie.”

 

Ostatni TAKI kalendarz mam z 2011 roku. Zapomniałam o nich zupełnie. To oddychanie w planie to nie figura retoryczna, tylko konkretna czynność. To, że się ZAPADAM rozpoznawałam miedzy innymi po tym, że przestawałam oddychać. Znaczy nabierałam powietrza i funkcjonowałam na zatrzymanym wdechu, aż zaczynałam się dusić. To na pograniczu świadomości się odbywało. Musiałam się pilnować, żeby tego nie robić. Ten dowcip o tym, dlaczego blondynka umarła, jak zdjęła słuchawki, nigdy mnie nie śmieszył. Mnie by się nagranie z instrukcją: „wdech – wydech, wdech – wydech …” bardzo wtedy przydało.

 

Druga refleksja: Miałam doskonale wypracowaną umiejętność uciekania na emigracje wewnętrzną nawet przed przyjaciółmi. Nie bardzo umiałam mówić o tym, że coś złego się dzieje, bo nie umiałam tego zdefiniować. Rozmawiać o problemach umiałam dopiero na etapie, kiedy już widziałam światełko w tunelu a najlepiej, kiedy miałam już sposób na rozwiązanie problemu. Nie mam przyjaciołom za złe, bo nie można pomóc komuś, kto się tak bardzo boi, że ucieka. Zwłaszcza na odległość. A przyjaciół zawsze miałam daleko.

Hana jest blisko. Czasem mnie wzrusza, czasem denerwuje, różnimy się bardzo. Mogę od niej odpoczywać, ale od niej nie uciekam. Już się nie boję. 

Trzecią refleksję sformułowałam dawno temu przy rozrachunku z Mamutem. Cierpienie nie uszlachetnia, cierpienie budzi najgorsze instynkty. A mój przykład jest kolejnym dowodem na to, że człowiek w cierpieniu jest bezwzględnym egoistą gotowym poświęcić resztkę sił na oszukiwanie najbliższych. Dlatego jak po różnych, szokujących opinię społeczną samobójstwach pada dramatyczne pytanie:

- Gdzie byli rodzice? Gdzie byli przyjaciele? Sąsiedzi? Opieka społeczna?

- ... - nie śpieszę się z oceną

 

 

 

 


środa, 09 sierpnia 2017
odrobina popiołu na głowę czyli "zna proporcją, mocium panie"

Przemyślałam i zweryfikowałam nieco swoje zdanie na temat Owsiaka (spt, doceń, proszę:)

Dlaczego się wszyscy rzucili na Owsiaka? Z prawa i lewa. Wszyscy zajęli stanowisko w sprawie (nawet, cóż za ironia, ten od gwałcenia nietrzeźwych kobiet  i poddawania w wątpliwość atrakcyjności  Doroty Wellman, wyraził dezaprobatę) Feministki zawrzały świętym oburzeniem  bardziej (bo liczniej) niż zwykle a media tzw. prawicowe zachowały się jak gimnazjalista, który odkrył onanizm.   

Owsiak – heteroseksualny facet  wychowany w kulturze gwałtu,  z całą pewnością ma małą wrażliwość na seksizm nasz powszechny. Wiele (jeśli nie większość) kobiet jeszcze tej wrażliwości nie ma. To nie jest wada, to niestety instynkt przetrwania. Wiem po sobie, że łatwiej kobiecie grać w TĘ GRĘ, w której jest postrzegana przez pryzmat seksualności  i wykorzystywać to, niż walczyć o równe traktowanie.  Seksapil to nasz broń kobieca – prawda? Można się wkurwiać, ale tak to niestety działa.  Jestem inteligentna, mam wiedzę, doświadczenie i jestem  specjalistką w swojej dziedzinie. Naprawdę jestem dobra, ale nie zliczę sytuacji, w których  szybciej i skuteczniej załatwił za mnie sprawę dekolt i sposób „na blondynkę” niż by to zrobiły najwyższe kompetencje. Że się przyczyniam do kultury gwałtu?  Niestety, przyczyniam się. Znacznie bardziej niż Owsiak swoim durnym tekstem. Ale ja nie lubię Romantyzmu, nie chcą rządu dusz i nie nazywam się Milijon. Owsiak niestety z racji popularności za milijony kocha i cierpi katusze:). Wierzę, że nie miał złych intencji.

Był łatwym celem. Był bezpiecznym celem z gwarancją satysfakcji. Dlaczego nie komentuję, choć oczywiście MAM ZDANIE, rozmaitych wykwitów "intelektualnych" terlikowskich, cejrowskich, międlarów, pawłowiczy, zawiszów, radziwiłłów itp. (nawet wymienianie mnie brzydzi)? Otóż nie komentuję, bo jestem pewna, że każdy dodatkowy komentarz (nie ma znaczenia - jaki) podbija im bębenek popularności, a nic nie zmieni w sprawie. Nie komentuję, bo mogę usłyszeć, że to atak polityczny, skowyt świni od koryta oderwanej, że jestem szmatą, ubecką kurwą, morderczynią dzieci, kanalią i mam spadać na bambus.* 

Owsiak to porządny facet i nie buduje swojej popularności na nagłówkach gazet. Szkodzi mu taka „sława”. I nam wszystkich szkodzi, wszystkim z prawa i lewa. Owsiak to jedyna powszechnie znana osobowość medialna, która ŁĄCZY. Łączy w szlachetnej inicjatywie od dwudziestu lat, mimo rozwiniętej na dużą skalę i czynnie wspieranej przez kościół kampanii nienawiści przeciw sobie.

I Owsiak przeprosił.

Takie  pyrrusowe zwycięstwo.       

 

*to wszystko cytaty



piątek, 21 lipca 2017
tak zupełnie poważnie

Jeden z filarów mojej tożsamości to mój język polski. Język, który kocham. Język, który szanuję i szacunku do niego nauczyłam moje dziecko. Mogę wyznawać miłość we wszystkich językach świata, ale tylko "kocham Cię" sprawia, że szybciej bije mi serce. Walka o żeńskie końcówki, to nie tylko walka o język polski w moim życiu, ale też o moje życie w języku. I nie, moje życie to dla mnie nie jest błaha sprawa.

Bardzo bolą mnie żarty z nienawistnych dehumanizujących wypowiedzi polityków. To jest poważna sprawa.  Zaznaczam, że udziału brać nie będę w odbieraniu mi mojego języka i zmiana właściwych znaczeń słów. Słowa mają moc.  

Nie. Nie zgadzam się na ironię i kpinę w politycznej debacie publicznej z podłych oskarżeń, oszczerstw, obelg i poniżania mnie.

Nie. Nie chcę być nazywana mordą (ani nawet mordeczką), szmatą, elementem gorszego sortu, mordercą, kanalią, zgraja i zdrajcą. Ani serio, ani „żartem”.

Dlaczego mam się godzić na najgorsze inwektywy? Nie jestem taka jak raczył wykrzyczeć (bez żadnego trybu) prezes partii rządzącej z mównicy sejmowej. Z mównicy sejmowej! Kaczyński mnie obraził, napluł mi w twarz i nie zamierzam udawać, że to „wybryk”. Pomówienie, zniesławienie, zniewaga, ubliżanie to przestępstwa karalne.

 Nie będę sie z tego śmiać.

Czy nie dość wyraźnie widać jak działa ten mechanizm? Zapewniam, że historia ironii nie zauważy. Chcecie do niej przejść jako ten gorszy sort, chamy, świnie od koryta oderwane? Jako ludzie bez sumienia i przedstawiciele cywilizacji śmierci? Ja nie.

Kaczyński wie, co powiedział i chcę, żeby poniósł odpowiedzialność za swoje haniebne słowa.

 Przypomniała mi się taka historia. Jeden mój znajomy ma znajomego, który po kłótni z żoną został oskarżony o usiłowanie zabójstwa i trafił do aresztu (Polak, ale nie w Polsce, niestety). Bardzo czuł się pokrzywdzony i szukał dobrego adwokata, bo go „suka wrabia”.

 - Jakie „usiłowanie zabójstwa”? Wkurwił się, bo był zazdrosny i trochę go poniosło. Ale żeby zaraz „usiłowanie zabójstwa”? Przecież on ją kochał i nie chciał jej skrzywdzić.

Świadkowie zeznali zgodnie, że ją dusił i krzyczał „Zabiję cie, kurwo”.

Słowa mają znaczenie.



piątek, 16 czerwca 2017
zawód jak każdy inny

Wczoraj siedziałyśmy sobie z Lolką i Meg (przygarnięta do rodziny)   w domu, robiłyśmy dobre rzeczy do jedzenia, oglądałyśmy filmy, gadałyśmy o książkach i o tym, dlaczego Tuwim w lekturze powinien być obowiązkowo a Mickiewicza należy dzieciakom odpuścić. Fucha wieszcza narodowego powinna być  kadencyjna i ograniczona do maksymalnie dwóch kadencji - pokoleń.

(Przy okazji zauważyłam że „Słówka” Boya się zaczytały na śmierć.  Księgarnie internetowe to ZŁO.  Zwłaszcza nie polecam www.aros.pl. Absolutnie ostrzegam, żeby potem na mnie nie było. Wchodzi człowiek konkretnie po „Słówka”, trzy nieostrożne kliknięcia i już ma w koszyku „Mity i zgrzyty”  oraz „Wylęknionego bluźniercę” plus tania dostawa do kiosku blisko domu. A ile wysiłku nadludzkiego mnie kosztowało, żeby nie dorzucić  dwóch  książek Urbanka.  Podstępna księgarnia napadła znienacka, ogłuszyła i zanim człowiek oprzytomniał to zamówienie ziuuuuu pooooszło  jak ogary w las) 

No to sobie spędzałyśmy leniwie dzień (siedzimy… gadamy…) i zupełnie nie pamiętam od czego się zaczęła ta dyskusja o prostytucji. W każdym razie Meg rzuciła nonszalancko:

- Zawód jak każdy inny

No i mnie zagotowało. Minutę później krzyczałyśmy do siebie tak, że Lolka wkroczyła jako arbiter i próbowała jakoś uporządkować szalejące emocje.  Dziś już nie wiem, co wywołało u mnie ten zapłon, ale sobie przynajmniej uporządkowałam pogląd.

Otóż NIE

Absolutnie nie – „zawód jak każdy inny”. Meg stawiała akcent na tym, że żadna praca nie hańbi, że dorosłym osobom wolno robić, co im się podoba i że ona nie ma nic przeciwko. We mnie prostytucja budzi tak głęboki  sprzeciw, że aż nie wiem, od czego zacząć. O ile daleka jestem  od oceniania  osób, które „wybrały” ten rodzaj „kariery”  (w ramach poglądu, że każdy ma niezbywalne prawo do marnowania sobie życia) o tyle ci, którzy kupują czyjeś ciało jak  rzecz  DO UŻYTKU  budzą we mnie odrazę.  Tak, odrazę. 

Oczywiście, że w idealnym świecie, gdzie prostytucja NIE BYŁABY  ściśle związana z półświatkiem przestępczym, handlem żywym towarem, wymuszeniem, uzależnieniem od narkotyków i przemocą (w tym ekonomiczną),  w świecie, gdzie ludzie wybierali by „zawód” wyłącznie dlatego, że chcieli mieć taki oryginalny sposób na życie, byłabym pewnie ostatnia do oceniania cudzych wyborów.

Ale tak nie jest.

I nie zmienimy tego zaklinając rzeczywistość, że „zawód jak każdy inny”.  Jest to zawód związany z  dużym ładunkiem pogardy, dehumanizujący i  uprzedmiotawiający. Gardzą nim wszyscy z prostytutkami i ich klientami włącznie. Dlatego, gdyby to ode mnie zależało, zakazałabym  KUPOWANIA usług seksualnych.  Tak, tak , rozumiem, że prostytucja by nie zniknęła, ale mam nadzieję, że w tym kierunku cywilizacja zmierza.

Niewolnictwo też nie zniknęło mimo zakazu, ale nikt nie mówi,  że niewolnictwo to taka forma zatrudniania JAK KAŻDA INNA.  To jest moja zdanie i ja się z nim zgadzam.

 

Ps. My się z Meg nie kłócimy, tylko energicznie wymieniamy poglądy.

ps2. Dzieła zebrane Tadeusza Żeleńskiego Boya to kilkunastotomowe wydanie z pięćdziesiątego któregoś  - pożądam.



poniedziałek, 10 kwietnia 2017
małe święto dziękczynienia

Widziałam taki mem, żeby się napić za wrogów, bo gdyby nie oni, nie bylibyśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy. Może i tak jest,  ale ja wierzę w DOBRĄ energię i wolę podziękować przyjaciołom. Jeśli mam jakiegoś wroga, to niech wie, że nawet o nim nie wiem.

Dziękuję córce za miłość, której mnie nauczyła, za lekcję życia, za nieustanną inspirację

Dziękuję przyjaciołom za wsparcie i za obecność. Tę obecność, którą czuję nawet jeśli jesteś w Londynie, Bartoszycach czy Warszawie.

Dziękuję moim najcudowniejszym dziewczynom z pracy, które codziennie dają mi siłę, energię,   dzięki którym uwielbiam swoją pracę i wierzę w MOC. Bo "jak nie my to kto".

Dziękuję też blogowisku, że skrzyżowało mojej ścieżki z margą, spt, ds i małgośką. Wszystkie was kocham za UBOGACENIE  mnie. Blogowisku zawdzięczam znacznie więcej cudownych znajomości, wzruszeń, emocji, spotkań i "dyskusji po świt".

 

Szczęściara ze mnie, co?

czwartek, 06 kwietnia 2017
w mojej bajce
Przeczytałam, że w powstaje w Polsce sieć aptek katolickich, które nie będą miały w ofercie tabletek antykoncepcyjnych. Wkurwia mnie to, ale rozumiem, że zmusić do sprzedaży antykoncepcji nikogo nie można. Teoretycznie można, ale w praktyce nie chodzi się do apteki na manifest światopoglądowy czy polityczny tylko po lekarstwo.
Wracałam sobie ostatnio do domu spacerem.
apteka pierwsza  (w ruchliwym miejscu, kolejka): 
- Dzień dobry, czy tabletkę "dzień po" dostanę?
- ... yyy  - zrobiło się cicho.
Farmaceutka spojrzała z lekkim popłochem w oczach na mnie, na kolejkę, na mnie.
- Sprawdzę - poszła na zaplecze
- Niestety nie mamy - wróciła po minucie.
- A...ha. Do widzenia
 
apteka druga (akurat pusto): - Dzień dobry, czy tabletkę "dzień po" dostanę? 
- Nie ma
- To do widzenia.
 
apteka trzecia (kilka osób w kolejce):
- Dzień dobry, czy tabletkę "dzień po" dostanę? 
- Tak, mamy dwa rodzaje. Cena 99zł albo 115zł w zależności od firmy. Którą Pani podać?
- A dziękuję bardzo, chrom poproszę. I magnez. I witaminę B - pani nieco zastygła w zdziwieniu.
- Nie potrzebuję na szczęście - pośpieszyłam z wyjaśnieniem - ale postanowiłam byle gdzie zakupów nie robić.
 
Polecam : Apteka Hibiskus, ul. Jagiellońska 33/2, Olsztyn
nie polecam sieci aptek "Dom Zdrowia" ani "Dom Leków"
 
ps

czwartek, 02 marca 2017
jak to działa?

Daltonista nie wie, że nie widzi kolorów, bo w jego świecie ma też ponazywane kolory. Inaczej je widzi, ale widzi. I większość potrafi nazwać. Daltonista nie wie, że jego świat jest w odcieniach szarości póki mu ktoś tego nie powie. Podobnie z rozpoznawaniem twarzy .

Napadła mnie wczoraj u fryzjera jakaś baba i rzuciła się do całowania.  Dłuższą chwilę mi zajęło zanim się zorientowałam, że to moja przyjaciółka. Byłoby szybciej, gdyby się najpierw odezwała. Wrócił temat mojej prozopagnozji i znów usłyszałam pytanie : "To jak ty żyjesz, jak ludzi nie poznajesz?"

Otóż poznaję. Tylko nie po twarzy.

W testach pamięciowych i na spostrzegawczość wypadam całkiem nieźle. Funkcjonuję normalnie i ludzi potrafię opisać nawet z dużą dbałością o szczegóły. 

Tylko inaczej akcenty rozkładam.  Mój mózg przywiązuje do człowieka głos, sposób gestykulacji, sposób chodzenia, ubranie, kontekst i znaki szczególne. A twarzy jakoś nie. I to nie jest tak, że ja tej twarzy nie widzę. Ja ją widzę, ale nie kojarzę. Na szczęście objawia mi się mi to tylko wtedy, kiedy ktoś przełamuje schemat i trwa póki nie zbiorę innych danych. Czyli nie osadzę w kontekście.

Jako dziecko byłam postrzegana jako bardzo grzeczna dziewczynka, co wszystkim mówi "dzień dobry". Mówiłam wszystkim, bo tak było prościej niż się zastanawiać, kogo znam. Jako nastolatka wstydziłam się, że nie pamiętam twarzy, wiec udawałam, że pamiętam. I do dziś odpowiadam na każde "cześć" i "dzień dobry" i uśmiecham się do tych, którzy się do mnie uśmiechają. Łatwo mnie poderwać na: "My się chyba znamy?" :).

Męczy mnie potwornie oglądanie zdjęć ze ślubów, studniówek i wakacji. Nawet zdjęć z własnego ślubu nie oglądałam. Lubię ludzi charakterystycznych, z jakimś "felerem", po którym łatwo mogłabym ich rozpoznać. Działa na mnie głos ale też wyłapuję (i niektóre uwielbiam) wady wymowy. Kocham piegi odstające uszy, rude włosy, okulary, zeza i znaki szczególne. No i kontekst. Kontekst jest najważniejszy. W Paryżu na okładce jakiegoś poważnie wyglądającego pisma spodziewam się raczej Sarkozy'ego niż Blaira.  W pracy poznaję klientów, na uczelni poznaję koleżanki, w urzędach poznaję znajomych urzędników, ale mojego instruktora pływania, który przyszedł do biura w charakterze klienta nie poznałam. Koleżanki z pracy u fryzjera - nie poznałam.

 

Miałam  taki eksperyment badający spostrzegawczość:

pokazywano mi zdjęcia różnych  twarzy w grupach po 9 (trzy na trzy), minuta na przyjrzenie się i potem seria pytań.

Ile osób miało wąsy? Czy ktoś miał nakrycie głowy? Kto był w okularach? itp

Byłam świetna.

Gdybym miała 9 zdjęć tej samej osoby z różnymi rekwizytami, to chybaby mi mózg eksplodował. Z modelek rozpoznaję jedynie Cindy Crawford, bo ma pieprzyk i na zdjęciach, które znam, wskażę Anję.

Kocham film, bo wiem, kto gra i nie pojawi mi się w nim nagle były facet - obrażony, że nie poznałam (jak w ZUSie ostatnio).

Gdyby nie nazwy uczone nawet bym nie wiedziała, że to jakieś zaburzenie jest.

Ot - TAK MAM.

 
1 , 2 , 3