twierdzę , wątpię , pytam
czwartek, 01 marca 2018
ja i te moje sosy

Sosy do sałatek to ja zawsze robię rewelacyjne, ale wczoraj przesadziłam i zrobiłam sos,  który powinnam sprzedawać. Zaczęłam łyżką jeść zanim się przeżarł. I jak tak jadłam w zachwycie i grzejąc się w blasku własnego geniuszu uświadomiłam sobie, że przecież jak zwykle dodawałam w świrze to, co w rękę wpadło i nie powtórzę!

Zadzwoniłam do Lolki.

- Dziecko najukochańsze pisz, póki pamiętam. Muszę czynności odtworzyć. Piszesz?- zaczęłam bez wstępów

- Piszę - powiedziało dziecko, bo to moje dziecko i nie takimi telefonami nie dawało się zaskoczyć

- Ocet jabłkowy, normalny kupiony, łyżka miodu, nie żałowałam, ten ciemny, on jest jest chyba wielokwiatowy. 

- Mamo, czy ty przepis na sos dyktujesz? - zapytała Lolka z niedowierzaniem

- Tak. Sos zrobiłam genialny! Pisz! - i kontynuowałam - łyżka kurkumy w proszku, pół łyżki chili...

- Mamo, łyżka czy łyżeczka? - zapytała czujnie

- Łyżeczka, oczywiście,  że łyżeczka. Łyżka była w miodzie - poprawiłam się - łyżeczka soli, dwie brzoskwinie z puszki, albo trzy, imbir wycisnęłam jak czosnek tak całkiem sporo. Zmiksowałam.

- Mamo, proporcje

- Kochanie, trzeba próbować na tym etapie, bo jeszcze przed oliwą można dodawać przyprawy. Dosłodzić jak za kwaśne, dodać octu jak za słodkie. Oleju mniej więcej tyle ile octu na początku trzeba przygotować. Ja dałam pół szklanki octu - tłumaczyłam - I teraz najważniejsze. Został mi olej po pomidorach suszonych z ziołami i żurawiną  i tego właśnie oleju razem ze wszystkim użyłam.

Olej (oliwę jak ktoś woli) wlewa się powoli na koniec, miksując cały czas do pożądanej konsystencji. Ja lubię tak gęste, jak ciasto na naleśniki.

Dziecko przepis zapisało i wysłało mamusi. Moim zdaniem nadaje się do sałaty, do mięs, do serów i do warzyw na parze. Ja robię w hurtowych ilościach, bo może stać długo. Ale nigdy nie stoi, więc nie wiem jak długo.

Bierzcie i róbcie. Możecie mi potem pomnik postawić.




 

 

 

wtorek, 30 stycznia 2018
przypominajka

Gdybym w ramach dokopywania sobie, miała wyrzuty sumienia, że załatwiam prywatę w czasie pracy, to melduję posłusznie, że wyszłam z pracy o 22:40. Mam nadzieję, że jutro nie wyjdę później. Od tygodnia nie wróciłam do domu przed dwudziestą pierwszą (włączając weekend). Taki charakter. Charakter pracy oczywiście, bo ja to przecież jestem podobno leniwa. "Zdolna ale leniwa" - taka łatka od podstawówki. Mam zadanie do wykonania i akurat trafiłam na kumulację deadlinow. IWA, PIT-4R, PIT-8AR i jeszcze listy płac, których nie można zrobić "na podstawie poprzedniego miesiąca", bo przełom roku.

Moja asystentka, moja prawa ręka, moja złota Ewuś (tylko dziecku mówię częściej, że kocham), rozchorowała mi się i musiałam wygonić do lekarza (tak, ją trzeba wyganiać, bo to jest dzieciak z takim poczuciem obowiązku, że pół-martwa, z gorączką, na ostatnich nogach chciała ZDALNIE pracować)

- Absolutnie bierz lekarstwa i do łóżka! Dam sobie radę. Potrzebuję Cię zdrowej, więc skup się na dbaniu o siebie. 

I jak we fraszce Kochanowskiego, dopiero teraz zobaczyłam, ILE ONA ROBI! Nie, żebym nie doceniała wcześniej. Doceniam, uwielbiam i chwalę. Odkąd pracujemy razem, widzę, że poszła do przodu jak burza i wykonuje coraz bardziej odpowiedzialne zadania. Dziś zagarnęłam z innego działu do pomocy dwie dziewczyny (fakt, że zupełne świeżynki) i we trzy ledwie wyrobiłyśmy się w czasie w z tym, co Ewuś robi sama.

Jutro termin ostateczny, została mi jeszcze 1/4 deklaracji do wysłania,  a Ewie kazałam zostać w domu.  Oczywiście, dam radę, ale mam dwa wnioski:

1. o Ewuś muszę zadbać bardziej

2. bez skrupułów w chwilach luzu, będę pisać w pracy blog:). W marcu. Albo w maju.

Idę spać, jutro ciężki dzień.





sobota, 27 stycznia 2018
kryzys roku siódmego

Hanę poznałam ponad 15 lat temu na jakimś szkoleniu branżowych, z którego razem uciekłyśmy po podpisaniu listy i poszłyśmy do restauracji hotelowej na kawę. Rzadko się spotykałyśmy, bo dzieliło nas 100 kilometrów. Ale utrzymywałyśmy kontakt. Jak znam siebie to raczej Hana utrzymywała, bo ja naprawdę jestem kiepska w dbaniu o przyjaciół na odległość. To znaczy owszem staram się mieć czas i zawsze się cieszę z kontaktu i tęsknie bardzo, ale nie dzwonię. Nie znoszę dzwonić.  Przepraszam.

Od siedmiu lat pracuję z Haną. Uściślając – od siedmiu lat Hana jest moją szefową. I najbliższą przyjaciółką. Nie dość, że niemal codziennie widzimy się w pracy to jeszcze mieszkamy kilkaset metrów od siebie. Ostatnio miałyśmy kryzys w komunikacji za sprawą jednego trudnego klienta. Już mi się gromadziła na nią złość, już zaczynało tańcować poczucie krzywdy ("jaka ona niesprawiedliwa") z poczuciem winy ("jaka ja jestem nieszczera")

- No jak mnie wkurza jak Ty tak lecisz i nie słuchasz! – powiedziała mi któregoś dnia – przyjdź do mnie z kalendarzem i zapisz: „policzyć do trzydziestu zanim wyjdę od Hany albo zanim się rozłączę”

Zapisałam i zaczęłam liczyć. W złości na początku i nieco ostentacyjnie, ale pomogło. To kwestia zaufania oczywiście, bo nikt inny by mnie nie zmusił do tak absurdalnej czynności.  Dogadałyśmy się z czasem i wobec trudnego klienta mamy wspólny front. Kryzys zażegnany.  

Przeglądając archiwalne pamiętnikarskie zapiski trafiłam na taki fragment z 6 marca 2009 roku

„Jak zaczynam się zapadać, to ratują mnie kalendarz i plan. No ci, co mnie znają, to się pewnie uśmiechnęli przy słowie "plan". Najgorsza w zapadaniu jest spirala autodestrukcyjnych myśli. Zaczyna się od "tracę czas" a potem już z równia pochyła:
„nic nie robię”
„nic nie umiem”
„do niczego się nie nadaję”
„lepiej by było, gdyby mnie nie było”

„co zrobić, żeby mnie nie było”

 

Od lat  (od urodzenia Lolki) staram się, żeby na etapie "nic nie robię" włączyć do walki kalendarz i do etapu myśli samobójczych w ogóle nie dochodzę. Zapisuję codziennie, co zrobiłam dobrego i co zamierzam zrobić jutro, aż do pozbierania się. Pierwsze „plany” wyglądały tak:
wstać rano i zawieźć córkę do szkoły, napalić w kominkach,oddychać.
Wieczorem zapisywałam: wstałam, odwiozłam, oddychałam.  

Jutro przebiorę się rano z pidżamy w ubranie i zrobię zakupy. Umyję włosy wieczorem. Jutro nie wezmę nic na sen. Przyjaciele? Nie mam ich w planie.”

 

Ostatni TAKI kalendarz mam z 2011 roku. Zapomniałam o nich zupełnie. To oddychanie w planie to nie figura retoryczna, tylko konkretna czynność. To, że się ZAPADAM rozpoznawałam miedzy innymi po tym, że przestawałam oddychać. Znaczy nabierałam powietrza i funkcjonowałam na zatrzymanym wdechu, aż zaczynałam się dusić. To na pograniczu świadomości się odbywało. Musiałam się pilnować, żeby tego nie robić. Ten dowcip o tym, dlaczego blondynka umarła, jak zdjęła słuchawki, nigdy mnie nie śmieszył. Mnie by się nagranie z instrukcją: „wdech – wydech, wdech – wydech …” bardzo wtedy przydało.

 

Druga refleksja: Miałam doskonale wypracowaną umiejętność uciekania na emigracje wewnętrzną nawet przed przyjaciółmi. Nie bardzo umiałam mówić o tym, że coś złego się dzieje, bo nie umiałam tego zdefiniować. Rozmawiać o problemach umiałam dopiero na etapie, kiedy już widziałam światełko w tunelu a najlepiej, kiedy miałam już sposób na rozwiązanie problemu. Nie mam przyjaciołom za złe, bo nie można pomóc komuś, kto się tak bardzo boi, że ucieka. Zwłaszcza na odległość. A przyjaciół zawsze miałam daleko.

Hana jest blisko. Czasem mnie wzrusza, czasem denerwuje, różnimy się bardzo. Mogę od niej odpoczywać, ale od niej nie uciekam. Już się nie boję. 

Trzecią refleksję sformułowałam dawno temu przy rozrachunku z Mamutem. Cierpienie nie uszlachetnia, cierpienie budzi najgorsze instynkty. A mój przykład jest kolejnym dowodem na to, że człowiek w cierpieniu jest bezwzględnym egoistą gotowym poświęcić resztkę sił na oszukiwanie najbliższych. Dlatego jak po różnych, szokujących opinię społeczną samobójstwach pada dramatyczne pytanie:

- Gdzie byli rodzice? Gdzie byli przyjaciele? Sąsiedzi? Opieka społeczna?

- ... - nie śpieszę się z oceną

 

 

 

 


poniedziałek, 22 stycznia 2018
jak sie bawi, jak się bawi wojewoda w Olsztynie

PiS przeforsował w 2016 roku ustawę dekomunizacyjną. Zobowiązywała ona wszystkie samorządy do zmiany w ciągu roku nazw ulic, które mają związek z komunizmem. Jeśli radni w gminach nie zrobili tego z własnej woli, patronów mógł wskazać wojewoda. Olsztyński wojewoda zmienił między innymi nazwę ulicy "Pstrowskiego" na  "Żołnierzy 5. Wileńskiej Dywizji Armii Krajowej". Problem w tym, że nowa nazwa nie mieści się w formularzach wydziału komunikacji i na przykład nie można zarejestrować samochodu. 46 znaków. Słownie: czterdzieści sześć.

Urzędniczka rozłożyła bezradnie ręce:

- Nie pan pierwszy ma problem, chodzą słuchy, że zmienią nazwę jeszcze raz

 

Mam nadzieję, że ulica Puszkina jest bezpieczna. Na razie.



piątek, 19 stycznia 2018
rozmówki rodzinne

- Twoje dziecko - pisze moje dziecko - nie potrafi znaleźć sklepu z butami nawet jak ma go przed nosem, ale tanie książki wywęszy wszędzie.

- Z genami nie wygrasz - odpowiadam

Ja ją znam.

- Przepraszam - dopisałam

środa, 17 stycznia 2018
nudna praca

Słyszałam wiele razy, że praca w księgowości to nudy. Nuuudy. Nie wierzcie w to. Mam przyjaciółki w biurze rachunkowym. Przestałam być księgową z dziesięć lat temu, bo to jednak nie na moje nerwy. Zostałam przy kadrach i też bywa ostra jazda bez trzymanki. 

Moja przyjaciółka prawniczka kocha "Na dobre i na złe" a nie znosi wszelkiej maści seriali prawniczych, bo mówi, że się nijak mają do jej prawdziwej pracy. Znajomy lekarz ma dokładnie odwrotnie, w serialach medycznych wkurza go to oderwanie od rzeczywistości za to "Prawo Agaty" owszem lubi. Nie przyzna się publicznie, ale lubi (Agnieszka Dygant go kręci).  Pewna żona policjanta mówi, że owszem mąż ogląda czasem amerykańskie seriale o pracy policji, ale płacząc, zużywa przy tym paczkę chusteczek. Prawidłowość jest mniej więcej taka, że scenariusze piszą laicy,  którzy sobie oczywiście pracę lekarza, policjanta czy prawnika wyobrazić potrafią. Im mniej wiedzą, tym odważniej sobie wyobrażają.    

Nie ma serialu o biurze rachunkowym.

Niesłusznie, ładnie łączyłby wszystkie trzy branże.   

A tymczasem wczoraj do pewnego biura rachunkowego weszła policja (departament do spraw przestępczości gospodarczej) z prokuratorskim nakazem zabrania całej dokumentacji firmy X. Pracownice nie stawiały oporu, nie utrudniały czynności, więc dwaj całkiem przystojni panowie chętnie dali się namówić nie tylko na kawę i ciastko, ale też na pomoc. W rezultacie  dziewczyny przygotowały dokumenty do oddania a panowie  przy kawie zaczęli „sypać”. Że to paskudna sprawa. I że za kare ich oddelegowali. Nikt nie chciał ścierwa tykać kijem do szczotki, ale udziałowcy wzajemnie złożyli na siebie doniesienie o działanie na szkodę spółki, zawiadomienie o przestępstwie defraudacji majątku spółki, nękania, zniesławienia, zakładania nielegalnych podsłuchów i inne. 

A to wszystko miłość, moi drodzy. Historia zaczyna się na jednej z plaż półwyspu Iberyjskiego, kiedy to piękna, długonoga, niebieskooka i blond-włosa  rodaczka na wakacjach  poznaje ognistego Hiszpana. Piorun sycylijski, bratnie dusze, te sprawy. Ona wróciła do Polski zakochana a on dołączył do niej kilka miesięcy później. Rozwiedli się z dotychczasowymi partnerami i  założyli razem firmę X. Ach! Co to była za lovestory! Firma kwitła nie gorzej niż ich miłość. W międzyczasie on zadomowił się w Polsce, kupił posiadłość, w której oczywiście mieli mieszkać razem, ale na razie przeprowadził się sam, żeby dopilnować remontów, dekoracji wnętrz gniazdka.  I mogłoby tak trwać, gdyby pewnego dnia nie przyszła do Onej pewna pani stomatolog- protetyk  i nie rzekła:

- Moja droga, załatwmy to między sobą. On Cię już nie kocha, jest z Tobą wyłącznie dlatego, że łączy was firma i jakiej wspólne zobowiązania. Nie chcę wdawać się w szczegóły, więc mam propozycję. Zapłacę Ci to, co On jest Ci winien i go puść. I niech to zostanie między nami.  

Ona, która się jeszcze nie otrząsnęła po ostatniej upojnej nocy, najpierw zbladła, potem poczerwieniała a potem trafił ją potężny i imponujący szlag.

- No chyba kurwa nie!

Zaangażowała detektywów, zrobiła prywatne śledztwo  i kilka tygodni z  jego wynikami udała się do pani stomatolog. Okazało się, że ognisty Hiszpan bynajmniej się nie ograniczał i kochanek miał kilka. Jakaś dyrektor oddziału banku,  kierowniczka działu podatku VAT w US, ważna urzędniczka w urzędzie gminy. Obie panie zaprzyjaźniły się i pojechały wspólnie na urlop do Egiptu, żeby od wiarołomcy uciec.

Już jednak wiemy, jak gorący piasek działa na Oną. Przywiozła sobie z Egiptu 10 lat młodszego przewodnika wycieczek.  Hiszpanowi rzuciła w twarz zdjęcia z innymi paniami i sucho oświadczyła, że od tej pory łączyć ich będą wyłącznie kwestie zawodowe. Nowego kochanka - nazwijmy go Przewodnik - zatrudniła w firmie na wysokim stanowisku.  

Hiszpan najpierw się kajał i przepraszam a jak przyłapał Przewodnika na rozkosznym tête-à-tête z niedoszłą narzeczoną to teraz jego szlag trafił.

No i od kilku miesięcy mamy wojnę państwa Rose. Robią sobie publicznie awantury,  śledzą się , podsłuchują, zbierają świadków. On wynajął kogoś, żeby obił Przewodnika, ona poradziła życzliwie kochankom, żeby zrobiły sobie badania pod kątem chorób wenerycznych. W rezultacie pewna dyrektor oddziału banku spoliczkowała go i kopnęła w przyrodzenie. Zabierają sobie samochody, blokują dostępy do kont, szkalują się wzajemnie przed kontrahentami i ... podobno znów ze sobą sypiają.

Pewnie nastąpi jakiś ciąg dalszy.  



poniedziałek, 15 stycznia 2018
moja córka się żeni

No może nie tak od razu, ślub w planach za jakieś półtora roku. Na razie nie ma dziewczyny tylko narzeczoną i pierścionek zaręczynowy.

- Powiedziałaś ojcu?

- Mamo, najlepiej będzie jak Ty powiesz ojcu.

Ślub w plenerze, wesele również. Lista gości około 80 osób. Siedem druhen w sukienkach w kolorach tęczy. W Polsce.

Formalnie pobiorą się gdzieś za granicą (może w Londynie, może we Frankfurcie; marga37 pomożesz, jakby co?), ale uroczystej ceremonii sobie nie odmówią. No to zakasuję rękawy i zbieram kasę. W końcu to moja ukochana jedynaczka.