twierdzę , wątpię , pytam
piątek, 14 grudnia 2012
fastryga

Mam dużo wspomnień i imperatyw wewnętrzny, żeby je poskładać. Fastryguję, pruję i zaczynam od nowa. Kim była? Moją ulubioną matką nie była, ale ulubioną postacią  literacką już mogłaby być. Jak Scarlett O'Hara, jak mama Elena, jak Cathy Ames. Tak, wiem, że to brzmi megalomańsko.

- Ja tylko prawdę mówię a ludzie prawdy nie lubią - zabrzmiało mi głowie mamucinym głosem.

Bo w gruncie rzeczy chyba o moją prawdę mi chodzi. I o skojarzenia.

A kojarzy mi się w wielu sytuacjach.  Moja przyjaciółka Grażyna (wspominałam już o niej)   kilka lat temu wyszła za mąż za chłopaka 15 lat młodszego. Zamieszkali z babcią męża i ta  babcia strasznie dawała Grażynie w kość.

- Stara ropucha zapomniała jak młoda była, ale ludzie pamiętają - wtrąciła się kiedyś Mamut w skargi Grażyny

 - A co? - zainteresowałyśmy się obie.

- A to, że swoje za uszami ma! Siostrze męża odbiła,  a ciebie chce przyzwoitości uczyć. A chłop ma być starszy albo młodszy. Starszy to ma warsztat i smykałkę i młodą dziewczynę umie wziąć. A jak jej przed jesienią krew zakipi to i oko przymknie. Młody chłop to wiadomo, że chce wydziwiać a nie w oczy patrzeć i za rękę trzymać. A docenić to może dorosła baba a nie siksa z głową w chmurach. Bardzo dobrze, że młodszy. Wiem, co mówię - pouczyła nas. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że wie, co mówi.

- A dzieci? - kontynuowała - Dzieci się sobie dla przyjemności nie rodzi. Dzieci wychować, to jak kamień gryźć. Myślałam, że przy mojej głowę złożę, ale to diabeł wcielony, boga się nie boi (przyp. autora: to o mnie było) i ciągle muszę się nią zajmować. A to już ten wiek, że ona powinna o mnie dbać - często mówiła o mnie "ona" w mojej obecności - Ja to teraz bym chciała odpocząć, ale przecież nie mogę. Będziesz chciała to urodzisz albo weźmiesz z bidula. Nie będziesz chciała, to też biedy nie będzie. 

- Ja się na świat nie prosiłam - powiedziałam kiedyś, kiedy jeszcze byłam nastolatką i miałam siano w głowie

- Ja cię też nie prosiłam - odparowała mi natychmiast

Nie chciała mnie. Przynajmniej dopóki się nie urodziłam. Mówiła, że wstyd było w tym wieku rodzić. Mówiła, że dzieci dorosłe a tu ciąża. I że jej się nie chciało pieluch. Ani pieluch ani całego bałaganu od początku. I wsparcia nie miała w nikim, bo przecież na mojego ojca nie mogła liczyć. Zwłaszcza, że mogła nie mieć pewności,  kto jest moim ojcem.

Była biedna. Biedna, bo doświadczyła wojny, bo wiedziała, co to głód i zimno, bo mąż jej się trafił wyrywny do bitki, biedna, bo ciągle się bała.  

Kiedy się urodziłam, postanowiła, że już nigdy nie będzie "biedna".

Ale czy ja mogę pisać o romansie matki?

 

czwartek, 13 grudnia 2012
gwiazdy

Mamut, jak chciała, to potrafiła być lwicą salonową, potrafiła robić wrażenie, być w centrum zamieszania potrafiła iść do sąsiada i kolędować w czerwcu, jeśli akurat do czegoś jej to miało służyć. Potrafiła smię zaprzyjaźnić w 15 sekund a narobić sobie wrogów jeszcze szybciej. W rodzinnej wsi nazywano ją ciotką Aligancką.

Gdzie mnie tam do niej! Ja się zaprzyjaźniam powoli, ja mogę być królową drugiego planu, chórem greckim raczej niż bohaterką, obserwatorką bardziej nić uczestniczką.

Ale w porównaniu Mamutem.

Jak pierwszy raz byłam na spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki w Olsztynie, to zostałam gwiazdą wieczoru. Siedem obcych osób i książka, której nie zdążyłam przeczytać. Jakbym miała w tym gronie wódkę pić, to pewnie bym przesiedziała wieczór w kącie i skupiłabym się na tym, żeby za dużo nie wypić. Ale rozmawialiśmy o książkach, więc dałam czadu. To był mój pewny grunt.

 Potrafię iść w pierwszym szeregu ze szturmówką w dłoni i dyktować warunki, jeśli jestem zaangażowana, albo pewna swoich racji. I jeśli chcę:). Nieprzekonana stanę w poprzek i nie zwiedzie mnie ciągnący ulicami tłum. Prędzej wódka w parku wypita:).

Zwierzyłam się przyjaciółce, że w środku jestem niepewna i nieśmiała a ta się zaśmiała homerycko.

- Ty???! Znam cię od ogólniaka. Ty jesteś odważna i przebojowa!

- Ja??? No coś ty! Ty wiesz ile mnie kosztuje ta odwaga?!

No to jak to jest? Co jest prawdą? Wewnętrzne przekonanie czy wypracowany wizerunek? 

 

 

wtorek, 04 grudnia 2012
przed szereg

Jeżeli uczynisz komuś przysługę, to będziesz od zaraz trwale za to odpowiedzialny.

Chciałam być miła i uczynna. Miałam tzw. "wolną chwilę" i chyba pomroczność jasną, bo zrobiłam coś, co absolutnie nie należało do moich obowiązków, za co właściwie powinnam wziąć pieniądze. Klient narozrabiał i przyszedł prawie z płaczem a ja chlapnęłam

- Ja to załatwię

Załatwianie zajęło mi do trzy razy więcej czasu niż myślałam i kosztowało dużo wysiłku. Załatwiłam.  I co? Jakiegoś "dziękuję" się ktoś spodziewał? Dostałam dziś opierdol, że darowany koń, ma niewystarczająco białe zęby. 

Jestem zła na siebie. Gdybym się nie wyrywała przed szereg, to bym miała pieniądze a nie żal.



 

niedziela, 02 grudnia 2012
sto razy

zaczynałam pisać o Mamucie  i sto razy kończyło mi się powietrze do oddychania. Ja wszystko wiem, miałam czas, żeby przemyśleć i przywyknąć. Wiem, że dobrze się stało. Znaczy najlepiej, jak to było możliwe, w obliczu jej choroby. Biorę na rozum. Staram się. Czytam o pięciu etapach żałoby i generalnie jest ok. Radzę sobie bardzo dobrze. Mam córkę,  przyjaciół i  wsparcie. Żyję normalnie a nawet lepiej. Potrafię się śmiać i nosić czerwone sukienki. Mam dystans. 23 godziny na dobę. A przez godzinę nie oddycham.

wtorek, 27 listopada 2012
"wszystko o mojej matce"

kiedyś napiszę.

Jestem po surrealistycznym pogrzebie zatopionym w oparach absurdu. Wiem, wiem,  to taki mechanizm obronny.

Na razie wiem, że moja Mamut nie jest i nigdy nie była "cichą i pokornego serca", nie "wpisywała się swoją łagodnością w łagodny krajobraz naszego miasteczka". Naprawdę wszyscy myślą, że bogu (jakiemukolwiek) zależy na mamałydze bez kręgosłupa?

niedziela, 25 listopada 2012
jestem dorosła

[']

piątek, 23 listopada 2012
szczęście skazańca

Wszyscy znamy filmy kiedy "bruce willis" (czy inny symboliczny Bond) ratuje świat w ostatniej sekundzie. Taka konwencja. W filmie kocham. W życiu nie dowierzam. Niesłusznie. Życie bywa o wiele bardziej zaskakujące. Sama się przekonałam na własnej skórze, że może się udać niemożliwe. Że poważny błąd z wpisaną weń nieuniknioną katastrofą w ostatniej sekundzie "sam" się naprawia.

A "zaczarowany ołówek" pamiętacie? Kochałam tę bajkę i bardzo chciałam mieć taki ołówek, którym można sobie narysować wyjście z klatki. Jestem przekonana, że któraś z moich przodkiń skazana w średniowieczu za czary uniknęła stosu, bo wyszła za mąż za kata.

A może to po prostu dowód na siłę działania kosmicznej pozytywnej energii, którą mi podesłaliście.

Dziękuję. ZADZIAŁAŁO.

Mamut jest w hospicjum w Olsztynie. Trzy dni mi zajęło znalezienie miejsca. We wtorek byłam porozmawiać z koordynatorką. W środę zadzwoniła, że od czwartku jest miejsce.

- Po znajomości? - zapytały dziewczyny z pracy

- Nie

- Ile dałaś w łapę?

- Nic, po prostu się skończył się remont, otworzyli nowe skrzydło i mają miejsca.

- Nie, nie, nie. Tak się nie zdarza - pokiwały głową nieufnie. Każda miała jakieś bliższe lub dalsze doświadczenia w tej kwestii.

- No ja mam taki szczególny rodzaj szczęścia. Kiedyś zawisła nade mną groźba trzydniowego głodu, bo mi się kasa skończyła w piątek a wypłatę miałam w poniedziałek. Postanowiłam, że będę chodzić w gości w porach posiłku. Wieczorem w piątek szłam do koleżanki na kolację i po drodze znalazłam 100 tysięcy. Przed denominacją to było. Normalnie leżał sobie banknot na chodniku a wokół żywej duszy.

Ośrodek jest 10 minut spacerkiem od mojego domu. Mam Mamuta "pod ręką"  Z personelem już zdążyłam się wczoraj zaprzyjaźnić. Dziś idę z kawą i czekoladkami.

Odzyskałam kontrolę.