twierdzę , wątpię , pytam
czwartek, 18 października 2012
miłość

Jest miłość trudna
jak sól czy po prostu kamień do zjedzenia
jest przewidująca
taka co grób zamawia wciąż na dwie osoby
niedokładna jak uczeń co czyta po łebkach
jest cienka jak opłatek bo wewnątrz wzruszenie
jest miłość wariatka egoistka gapa
jak jesień lekko chora z księżycem kłamczuchem
jest miłość co była ciałem a stała się duchem
i ta co nie odejdzie - bo znów niemożliwa.

Jan Twardowski


 

poniedziałek, 15 października 2012
cytat na dziś

"Tydzień temu ostatni raz Go widziałam, wpadliśmy na siebie ale to było nieuniknione - jego mina - bezcenna. Miał taki kaprys na twarzy."

 

Kto da więcej?

czwartek, 11 października 2012
przeprowadzka

Napisałam kiedyś, że mam wicher w duszy i to jest prawda. Jedyną niezmienną w moim życiu jest zmienność:). Tym razem zmieniam mieszkanie. Samo przyszło:). Lokalizacja nieco mniej korzystna, czynsz na tym samym poziomie, ale standard dużo lepszy. Przeprowadzamy się pod koniec miesiąca. Załatwiłam dziś przeniesienie internetu i zawiadomiłam właścicielkę obecnego mieszkania. 

Wprowadziłyśmy się z dwiema walizkami.

Znów nagromadziłyśmy bez opamiętania książek.

Ileż to już razy wchodziłam "na nową drogę życia"? Przestałam liczyć.

Ale jedno będę musiała zrobić koniecznie. Jak się nie da hurtem, to na raty. Muszę w końcu zrobić parapetówę. Po dwóch latach w Olsztynie, najwyższy czas. Nowe mieszkanie to znakomity pretekst.

uwielbiam excel

Wpisuję sobie w komórkę arkusza:

=ZAOKR(((B5*14%)/365*($G$1-E5))+((B5*14,5%)/366*($G$2-$G$1));1)

"przeciągam" formułę i odsetki od tych cholernych składek ZUS same się liczą na dowolnie wybrany dzień.

Zasłużyłam na chwilę przerwy.

wtorek, 09 października 2012
wyznanie wiary

Za każdym razem, kiedy ktoś "nie wierzy w krasnoludki", rodzi się jeden krasnoludek. Właściwie to nie wiem, czy się rodzi, czy z jajka wykluwa, czy powstaje w jakiś inny sposób. Wiem, że krasnoludkom bardzo zależy na tym, żeby ludzie w nie nie wierzyli. W ramach potrzeby zachowania gatunku.

W naszym domu krasnoludki zawiązują supły na słuchawkach, robią bałagan w pokoju Lolki, splatają ze sobą ładowarki do telefonu i zjadają miód. Po szybkości znikania miodu wnioskuję, że muszą być liczne i nieźle wypasione. 

poniedziałek, 08 października 2012
jestem oburzona

Oświadczam, że żadnej nowej książki Joanny Chmielewskiej kijem od szczotki nie tknę. Ja nie wiem, co się jej w głowie porobiło (a może to mnie?), ale "Krwawa zemsta" nie dość, że jest książką potwornie nudną, to jeszcze naprawdę głupią i szkodliwą. Całe szczęście, że czytam pożyczony egzemplarz, bo inaczej pizgłabym do kosza ze wstrętem.

Tego, w jaki sposób Chmielewska pisze o kobietach, najgorszy mizogin by się nie powstydził. Ale przedstawienie gwałtu jako formy rozrywki erotycznej wzbudza obrzydzenie i odruch wymiotny.

"- A jak? Taki sposób sobie wymyśliła, geniuszyca pieprzona! Uczęstuje faceta rarytasem, a potem gówno. Nie da dupy aż do ślubu i tylko zadkiem mu pod nosem kręci, a on małpiego rozumu dostaje i w konwulsje wpada. Chce dostać swoje, niech się postara.

- I żaden jej w tych nerwach nie zgwałci?

- A co jej szkodzi? Nawet się bronić nie będzie, ulegnie grzeczniutko, proszę bardzo, tylko żadnych sztuk nie pokaże. Rozczaruje go. Równie dobrze może gwałcić owcę albo kozę, a potem... dla niej to mięta z bubrem, mały pikuś, a co do gwałciciela... Bo ja wiem? Może się rozpłacze.

- Z tego rozczarowania?

- I z żalu. Albo co."

Kurtyna

niedziela, 07 października 2012
kataklizmy
Miałam trzynastodniowy  urlop. Byłam głównie na wsi, w okolicach Dormans, miasteczka dwa razy mniejszego od rodzinnego Orłowa:). Wstąpiłam na trochę do ds (kolejna znajomość blogowa przeniesiona do realu:) do Paryża.

Nie jestem typem turystki podziwiającej zabytki, więc zamiast łazić po mieście przeczytałam sobie książkę. Zostawiłam u ds żakiet, więc będę musiała wrócić. Może wtedy zobaczę wieżę Eiffla:)

Z powrotem zdecydowałam się wracać autokarem. Wyjechaliśmy w poniedziałek rano. We wtorek po południu byłam już w domu.
Córka czekała na mnie prawie tak stęskniona jak ja. Wyszła po mnie na dworzec:
- Marzę o porządnej kawie i kąpieli. Doba w podróży a u ds wczoraj rano przed wyjazdem umyłam tylko zęby.
- Mamuś, odłączyli nam internet! Zapłaciłaś rachunki? Zdałam teoretyczny na prawo jazdy, jeszcze się nie umówiłam na jazdy. Ty wiesz, że podobno na pierwszej lekcji już jedzie się na miasto?! A jak kogoś zabiję? U babci bez większych zmian, pisałam ci zresztą. W domu posprzątane, nie ma nic do jedzenia - pobieżnie odpowiedziała Lolka
- Nie mamy internetu?! Cholera jasna! - zdenerwowałam się - Zadzwonię na infolinię i zapytam o co chodzi. Może to awaria? Rachunki zapłaciłam.  Torbę serów przywiozłam, wino otworzymy. Kawa jest?
- Powiedziałam, że nie ma nic do jedzenia a nie, że bieda.
No tak. U nas poziom biedy mierzy się istnieniem kawy.
W domu mojej Mamut zawsze były zapasy mąki, cukru, mięsa, wódki na wypadek wojny. Siostra już składu dla pułku wojska nie posiada, ale zawsze ma pełną lodówkę. U mnie nie może zabraknąć kawy.

Minęłyśmy jakąś koparkę pod blokiem.
- Uwielbiam wracać do domu
- Nie ma wody
- Jednak tutaj jest moje miejsce na ziemi...
- Nie ma wody!
- Słucham? Jak to?!
- Mamy dwa litry mineralnej, więc kawę dostaniesz. Może to chwilowe.
- Nie ma wody, nie ma internetu, kto podpieprzył cywilizację?!

Przestałyśmy mieć złudzenia, że to chwilowe, kiedy pod blok podjechał beczkowóz z wodą.
- Cholera, uszkodzili coś tą koparką!
W nerwach włącza mi się tryb awaryjny i zaczęłam działać. Lolka mnie rozpakowała. Z praniem, flaszką wina i bielizną na zmianę poszłam do przyjaciółki. Na infolinii dostawcy internetu ustaliłam, że właścicielce skończyła się we wrześniu umowa. Powiedzieli, że owszem, mogę podpisać umowę na siebie, ale internet będę miała dopiero w poniedziałek. Błagałam, żeby szybciej, straszyłam konkurencją ale infolinia była nieugięta.
W środę rano zrobiłam się na bóstwo, uzbroiłam w dekolt i poszłam do oddziału olsztyńskiego. Postanowiłam załatwić rzecz "na blondynkę". Upatrzyłam sobie pana z obsługi klienta, na którym wyraźnie zrobiłam wrażenie.
- Przepraszam bardzo, ale ja mam taki problem i mam nadzieję, że mi pan pomoże - zagaiłam starając się wyglądać ładnie i bezradnie. Podkreśliłam, że chcę internet DZISIAJ. Pan usiłował mi wyjaśniać procedury, terminy, ograniczone możliwości.  A ja zupełnie nie mogłam tego zrozumieć i z ufnością patrzyłam panu w oczy.
- Ależ na pewno pan coś wymyśli, przecież ja nie mogę czekać do poniedziałku.
Nie ma na świecie mężczyzny, który zignoruje zupełnie pokładaną w nim wiarę. Pan wykonał parę telefonów, poprzestawiał coś w systemie i tryumfalnie ogłosił zwycięstwo.
- A jutro rano może być?
Podziw mój był szczery i ogromny i nie omieszkałam go wyrazić.
Dopełniliśmy formalności i umówiliśmy się na kawę.
Jak wróciłam, była już woda. Jestem w domu.

W pracy odgruzowuję biurko.