twierdzę , wątpię , pytam
środa, 06 marca 2013
chwila cierpliwości

Rano na przystanku autobusowym podeszła do mnie piękna, zadbana kobieta i zaczęła:

- Czy mogłabym Panią zaprosić na uroczystość, która odbędzie się 26 marca. Jest obchodzona na całym świecie z okazji pamiątki śmierci  Chrystusa... - przestałam słuchać

- Nie, nie,  dziękuję. Nie jestem zainteresowana, żadnymi uroczystościami religijnymi.

- Dlaczego? - zapytała zdziwiona

- Jestem ateistką - oświadczyłam i sądziłam, że to zakończy temat. Ale nie. Ale nieeee. 

- Zawsze była pani niewierząca, czy STRACIŁA PANI WIARĘ? - zapytała miła pani ze szczerym współczuciem - brak wiary bierze się z niewiedzy, może powinna pani poszukać kogoś, kto pani pomoże.

Straciłam wiarę? Jak? I o czym? I czy w ogóle ja mogę rozmawiać z kimś, kto uważa, że wiara to WARTOŚĆ, którą się TRACI i  i jest się przez to biednym i głupim. 

Język jest ważny, bo we krwi nam płynie, w głębi trzewi i zwojach mózgowych ma źródło. I to, jakich się słów używa  naprawdę wiele mówi o człowieku. 

Dziś w pracy do południa wisiałam na telefonie i zgrzytałam zębami. Już przy trzeciej prośbie o "chwilę cierpliwości" na infolinii ZUS zaczęłam być sarkastyczna. "Chwila cierpliwości" wg definicji zusowskiej to dokładnie 37 minut, sześcioro konsultantów po drodze, kilkanaście komunikatów wyboru (jeśli ... to naciśnij ...), żeby połączyć się  z osobą, która podpisała pismo, które otrzymałam. Osoba okazała się miła, komunikatywna i sprawę z nią załatwiłam w minutę.

Podobną "drogę przez mękę" przeszłam z urzędem skarbowym, gdzie usiłowałam się dowiedzieć czy konkretna deklaracja konkretnej osoby, wysłana elektronicznie, dotarła do nich w terminie. Musiałam sprawdzić swój program do e-deklaracji.

Potem jeszcze kilka telefonów z gatunku "w oparach absurdu" od osób, którym SIĘ WYDAJE i po południu mogłam się zająć tym, co sobie zaplanowałam na dziś. Trzy godziny w plecy na boksowanie się z machiną urzędniczą i ignorancją ludzką. A potem się ludzie dziwią, że ja nie znoszę rozmawiać przez telefon. No nie znoszę. Ja nawet głos "do telefonu" mam inny i go nie lubię.  

Kupiłam sobie sukienkę na wiosnę, teraz już wiosna nie ma wyjścia, musi przyjść. Wiosno! Czy wiosna mnie słyszy?

Obejrzałam pierwszy sezon serialu "Czas honoru". Świetna obsada, znakomita muzyka i zdjęcia. Za każdym razem kiedy widzę czołówkę, mam gęsią skórkę. Ja wiem, że stosują w gruncie rzeczy proste chwyty za serce, ale skuteczne. Wplatanie zdjęć archiwalnych w okresu okupacji w scenografię mistrzowskie. Ale scenariusz... no sorry scenariusz jest dla dorastających chłopców, dla których wojna to PRZYGODA.

niedziela, 03 marca 2013
ćwiczenie na wyobraźnię

Szkoła szkodzi. Szkoła przed maturą szkodzi szczególnie. A już zajęcia przygotowujące do matury to absolutnie strata czasu, dla kogoś, kto się uczy we własnym tempie i raczej nie potrzebuje bata. W związku z tym Lolka się buja między rozpaczą a głupawką. W obu przypadkach należy być czujną, słuchać i przytulać.

Córka moja najdroższa przychodzi do mnie i mi opowiada z zaangażowaniem i bogato gestykulując:

- Wiesz mamuś, dziś  sobie wyobrażałyśmy z Agą ...

- Którą Agą - dopytuję , bo lubię być na czasie

- Z klasy. Na zajęciach z chemii. Zadania robiliśmy a ja je zrobiłam wcześniej. No to wymyśliłyśmy z Agą jak ukradniemy karawan! Wyobraź to sobie, bo to zabawne. Zgodnie ustaliłyśmy, że najlepiej kraść karawan na pogrzebie, kiedy przewożą trumnę i ją tak majestatycznie niosą do samochodu. I to jest dobry moment! Wiesz, korzystamy z celebry, zachodzimy kierowcę i bach! Podnosimy bluzkę - i tu moja nieoceniona córka demonstruje mi podnoszenie bluzki. Biustonosz ma ładny - Tylko, wiesz, bez biustonosza.  Kierowca głupieje a Aga się go pozbywa a ja prowadzę, bo umiem. I wiesz, uciekamy z piskiem opon a za nami pościg. Karawaniarze rzucają trumnę, nieboszczka wypada...

- Lolutko, kochanie - zaczynam się niecierpliwić - przejdź proszę do tego momentu: Po co wam karawan?!

- Yyy... ale... ta opowieść   nie ma takiego momentu. Tego nie wymyśliłyśmy.

 

 

 

środa, 20 lutego 2013
wiosna

- Idzie wiosna! - zadecydowałam w czwartek w zeszłym tygodniu. 

- Eeee tam... - zwątpiła Lolka

- Mówię ci, że wiosna idzie, bo chodzi za mną sałata z vinaigrettem a to znak! Pamiętasz jak w listopadzie chodziła za mną golonka? Od razu mówiłam, że idzie zima i proszę! Miałam rację. I energii mi jakoś przybywa. Mówię ci, że wiosna. 

W piątek dopadła mnie zaraza (jeszcze trzyma), a od poniedziałku nieprzerwanie sypie śnieg. Wczoraj zrobiłam gar forszmaku. Na przyszły tydzień zapowiadają mrozy powyżej 10 stopni.

- Zadarłaś z Królową Śniegu - podsumowało dziecko.


 

sobota, 16 lutego 2013
zaraza

Chodziła za zaraza po ludziach, czaiła się w pobliżu ale byłam dzielna. Kaśkę dopadła w grudniu i z przerwami trzyma do dziś, Renia ledwie zipie na prochach od kilku dni, przez Lolkę przewaliło się dwa tygodnie temu. Wystarczyła chwila nieuwagi, lekki spadek odporności.

Dziś rano po nocy pełnej koszmarów, otworzyłam oczy a zaraz do mnie: "Mam cię!

Gardło zawalone, nos zawalony, głowa wielkości wiadra,  kości bolą wszystkie. Ale to wszystkie. 

Deszcze meteorytów w Rosji, papież abdykował a ja niechcący posłodziłam sobie kawę.

 

środa, 13 lutego 2013
system

W ciągu ostatnich kilku tygodni gasiłam w pracy pożary a półka ze sprawami dla mnie puchła w oczach. Nie wiedziałam, co tam tak naprawdę mam i popadałam w stany lękowe na tym tle. Śniło mi się, że odgruzowuję półkę a tam PRZETERMINOWANA SPRAWA! 

Aż dziś powiedziałam dość i postanowiłam zadbać o spokojny sen: 

Posegregowałam papiery na trzy kupy: 

do zrobienia szybko! - 7 spraw, w tym trzy czasochłonne i cztery rebusy do rozwiązania

może poczekać kilka dni - 2 sprawy ale strategiczne i  jak znam życie to za kilka dni powędrują na kupę, "szybko".  

zrobione, ale trzeba pilotować - 3 sprawy. Ja pracuję z instytucjami a one lubią zaskakiwać. Trzeba więc zadzwonić, dotrzeć do osoby, do której trafiło pismo, upewnić się, że wszystko idzie po mojej myśli. 

Uzupełniłam kalendarz i właśnie wróciłam z pracy. Idę na piwo.

Teraz już będę na bieżąco z organizacją:). 

niedziela, 10 lutego 2013
z kamienia u szyi

Rzadko piszę o książkach, bo nie mam zacięcia do recenzji, czyli nie chce mi się tak pisać , żeby zanęcić a jednak nie zepsuć odbioru tym, którzy nie czytali, a może zechcą. Gadać o książkach bardzo lubię, z tymi którzy treść już znają w DKK.  Ja przepraszam, ale spotkanie klubu mam za miesiąc a ruszyło mnie dziś. Właśnie skończyłam czytać.  Jeśli ktoś nie zna niech odpuści sobie mój tekst. A jeśli ktoś czytał, ciekawa jestem refleksji.

Zdjęcie z okładki moim zdaniem jest nawiązaniem do jednego z najbardziej znanych zdjęć Haliny Poświatowskiej. Może to było zamierzone, żeby podkreślić podobieństwo życia na beczce z prochem. A może przypadkowe, nie wiem.  Bohaterka tej książki moim zdaniem nie zasługuje na takie nawiązanie. Poświatowska z wyrokiem śmierci chwytała życie do ostatniego oddechu. Autorka książki żyjąc, umierała przez dwadzieścia lat.  Widocznie w tym przypadku moje serce jest bardziej z kamienia niż jej miłość, bo nie znalazłam w sobie ani współczucia ani zrozumienia. Jedynie litość. 

To dobra książka i warto ją przeczytać. Przejmująca bardzo. Mnie się po niej zrobiło zimno. Wcale nie dlatego, że poruszyła mnie krzywda, jaką bohaterce wyrządził mąż- korespondent wojenny i jego 53 wojny. Poruszyła mnie krzywda, którą choroba wyrządziła bohaterce, jej mężowi, dzieciom, przyjaciołom i obcym ludziom, których los przez moment od niej zależał.  Poruszyło jak bardzo bezwzględny, egoistyczny, rujnujący ludzkie odruchy, zazdrosny o każdy przejaw normalności może być chory człowiek.

A najstraszniejsza dla mnie była potrzeba takiej jedności z kochanym mężczyzną, żeby żyć jego życiem i oddychać jego tlenem. Żeby powierzyć mu odpowiedzialność za swoje życie. Brrr...

 

piątek, 08 lutego 2013
"boście chłopa nie miały"

Odkąd się przestałam feminizmu zapierać, uważniej dobieram słowa, bo mogą być zwrócone przeciwko mnie. Zawsze mnie fascynowało SŁOWO jako oręż. Słowo - jego zakres, znaczenie i siła rażenia.

Antysemityzm, rasizm, homofobia są jednak źle widziane w przyzwoitym towarzystwie. Już się ludzie asekurują demonstrując swoje poglądy

"Ja oczywiście nie jestem rasistą, ale kolorowi są leniwi, hałaśliwi i śmierdzą. Jechałem wczoraj obok takich w autobusie" 

"Ja nie mam nic przeciwko gejom, ale po co się z TYM tak obnoszą. No i nie chcę, żeby się za dzieci brali"

Ziemkiewicz się odżegnuje od antysemityzmu a Kaczyński ubolewa nad "potworną kampanią nienawiści". Mimo głębokich przekonań, jednak wiedzą, że publicznie lepiej kłamać, niż pozwalać sobie na otwartą niepoprawność polityczną.  

Oznacza to, że światu daleko do doskonałości, ale  tędy droga :). Język się zmienia a za tym idą zmiany mentalności. A może odwrotnie? Najpierw nabieramy rozumu a potem dostosowujemy język. 

 

Tylko seksizm trzyma się mocno, bogato reprezentowany bez żenady przez przedstawicieli lewicy i prawicy, kultury i popkultury, filozofów i budowlańców, kobiety i mężczyzn. 

"Nie jestem feministką, ale..." ile razy tak mówiłyście o sobie? Ja wiele razy zanim przestałam się wstydzić. A fe! A fe!  W przyzwoitym towarzystwie kobieta nie deklaruje feminizmu i goli nogi. 

 

Nie będę pisać o zjawisku, będę tylko chcę zwracać uwagę na detale. Weźmy posłankę Pawłowicz. W sejmie obrzydliwe dyrdymały pletli  poseł Woźniak i poseł Górski i poseł Ziobro (który prawo studiował chyba w szkółce niedzielnej). Komu się najbardziej oberwało? Kobiecie idiotce, co "chłopa dawno nie miała", "kto jej dał tytuł" i "znajdźmy jej męża". Sama się dałam wciągnąć i "polubiłam" kilka hejterskich komentarzy, bo jak kogoś nie lubię, to nie zachowuję należytej czujności jeśli dostaje "bęcki".

Wypowiedzi posłanki są skandaliczne i oczywiście zasłużyła sobie na falę krytyki a nawet na złośliwości. Ale czy tylko ona? A Tadeusz Woźniak nie? Oprzytomniałam trochę, kiedy gdzieś przeczytałam wypowiedź " patrząc na Pawłowicz, boję się parytetów" 

Aha.

Znaczy więcej Górskich, Zawiszów i Woźniaków nie przeszkadza, ale kolejna Pawłowicz już tak? Aha. Z mężczyznami idiotami  próbuje się dyskutować merytorycznie  a kobiecie idiotce szuka się męża na fejsbuku. Dlaczego nigdy oko w oko, w żadnym programie publicystycznym  nikt się nie ośmielił rozliczać Kaczyńskiego z jego życia prywatnego, a Monika Olejnik wytknęła Pawłowicz samotność i bezdzietność. A mogła wypunktować jej ignorancję, uprzedzenia, fałszywe teorie i szereg innych rzeczy. 

Nie jest dobrze.