twierdzę , wątpię , pytam
poniedziałek, 18 czerwca 2018
berliński gambit

Już mogę napisać, bo już niczego nie zmienię. Mogę tylko czekać na przeprowadzkę.

Otóż, w dniu, w którym kupiłam pralkę świat postawił przede mną możliwość zmiany pracy. Nie zauważyłabym, albo zignorowałabym, gdyby nie to, że akurat dokładnie kwadrans wcześniej wkurwiłam się na szefową*. I na przyjaciółkę*. Już jedną notkę naszej relacji poświęciłam. Kryzys właściwie zażegnałyśmy, burza bokiem przeszła ale jeszcze czasem słychać było grzmot. I to był jeden z tych grzmotów. Chciałam wyjść wcześniej z pracy (zwykle wychodzę później), bo kupiłam pralkę i kurier mnie zmuszał do obecności pod adresem o wyznaczonej godzinie. Szefowa mi zabroniła. Musiałam w pół godziny organizować inną przyjaciółkę, żeby przyjechała do mnie do pracy po klucze i pojechała do mojego mieszkania odebrać od kuriera pralkę. Zorganizowałam się, ale rozżalona byłam.

- Przecież ja do jasnej cholery nie muszę tu pracować! - powiedziałam w kosmos

 

I wtem email, że „dzień dobry” i „bardzo mi miło czy zechciałaby pani rozważyć, bo pewna międzynarodowa firma poszukuje do pracy kogoś dokładnie takiego jak pani i jeśli jest pani zainteresowana wzięciem udziału w rekrutacji to proszę o wysłanie CV na adres...”

 

Buhahahahah

 

Odpisałam od razu, że mam 48 lat i duże wymagania, za to nie mam tytułu magistra. Doskonale znam język wyłącznie polski, jeśli nadal są zainteresowani to proszę moje CV w załączniku (miałam pod ręką, bo często załączam je do projektów szkoleniowych). Dodałam też, że używam imienia Agnieszka, bo o tym, że na imię mam inaczej dowiedziałam się przy odbiorze dowodu osobistego i jeszcze się nie przyzwyczaiłam.

 

Wysłałam i zapomniałam.

 

Kiedy kilka dni później zadzwonił telefon w pierwszej chwili nie wiedziałam o co chodzi.

- Dzień dobry, dzwonię z firmy(...), nazywam się (…)

- Skąd pani ma mój numer telefonu? - zapytałam sucho zanim przeszła do rzeczy

- Yyy, dzwonię na numer podany w CV, kontaktowałam się już z panią w sprawie oferty pracy. Czy rozważyła Pani rozmowę rekrutacyjną?

- Aaa, rozumiem – złagodniałam nieco – a wcześniej skąd miała Pani namiar na mnie?

- Przez firmę, dla której szkoliła Pani dwa lata temu. Ma pani od nich świetne referencje.

Akurat jechałam na szkolenie do Warszawy i nie bardzo miałam głowę do myślenia ale uświadomiłam sobie, że upolowali mnie „łowcy głów”. Mnie! Tak mnie to podekscytowało i podniosło poczucie zawodowej wartości, że zaćmiło rzeczy sedno. A sedno było takie, że ja wcale nie szukałam pracy. Ukorzeniałam się Olsztynie i właśnie kupiłam pralkę. Jednym uchem słuchałam propozycji a drugim  a drugim Fredy Merkury śpiewał mi „We are the champions”. Zarejestrowałam, że proponują stanowisko w zespole zajmującym się kadrami i płacami pracowników zatrudnionych z polskich oddziałach firmy. Wymagają znajomości polskich kadr i płac, języka polskiego oraz przeprowadzki do Berlina. Surrealistyczne to było.

Wieczorem zadzwoniła spt, w  rozpaczy, że ona taka nieokrzesana.

- Nie jesteś nieokrzesana tylko charyzmatyczna, otwarta, prostolinijna i jedyna w swoim rodzaju. Jeśli ktoś oczekuje subtelnego motylka, co to się będzie zamiast "kurwa" mówił "ojejku", to raczej nie trać czasu -  przekonywałam

- No dobrze, a co u Ciebie? - zapytała 

- A ja chyba dostałam ofertę pracy w Berlinie - powiedziałam - to znaczy niezupełnie ofertę, raczej zaproszenie do rekrutacji.

- Co to za firma? Sprawdziłaś? - zapytała

- Nie sprawdziłam. Nie pamiętam nazwy, jakaś krótka nazwa na be. Ja po prostu nie mogę uwierzyć, że znalazła mnie firma headhunterska.

- No to sprawdź. Nie masz męża, to rób karierę! I jedź, będę miała metę w Berlinie.

 

Doszłam do wniosku, ze na tym etapie przecież nie muszę decydować. Mogę pomacać:).  Napisałam krótki email, że owszem mogę być zainteresowana. Po weekendzie zadzwoniła dziewczyna już w firmy z Niemiec.

- Dzień dobry, pani Agnieszko. Powiedziano nam, że pani woli, żeby się tak do Pani zwracać - kupiła mnie tym

- Yyy, tak rzeczywiście posługuję się tym imieniem choć formalnie nie występuje ono nigdzie

- Ja nazywam się Anna (…) reprezentuję BASF Company. Dotarło do nas Pani CV, zainteresowało nas i chciałabym porozmawiać bardziej szczegółowo. Czy może mi Pani poświęcić trochę czasu?

-Pani Anno, poświęcę tyle czasu, ile pani zechce, ale uprzedzam, że niezobowiązująco. Ja właściwie nie szukam pracy, ta oferta spadła na mnie tak nagle, że jeszcze nie wiem co o niej myśleć.

Nie zraziła się. Porozmawiałyśmy sobie o składnikach wynagrodzenia i sposobach ustalania podstawy do zasiłków, o różnicy między intencją a literą prawa i czynniku ludzkim i innych zawodowych rebusach. Po godzinie byłyśmy niemal zaprzyjaźnione.

- Pani Agnieszko, mnie będę ukrywać że mamy jeszcze kilkoro kandydatów, ale bardzo mi się pani podoba

 - Ale język! Ja wprawdzie zdawałam maturę z niemieckiego, ale wie pani kiedy to było?!  – robiłam wszystko, żeby ją zniechęcić – no i mam 3 miesięczny okres wypowiedzenia.

- W pracy nie byłaby to przeszkoda, w zespole wszyscy mówią po polsku. W firmie byłby przydatny angielski, ale nie od razu. W życiu niemiecki, jeśli tu pani zamieszka. Ja jestem Rosjanką, w Polsce mieszkałam 14 lat, myślę, że język znam nieźle, ale niech mi pani wierzy jak dzwonię do ZUSu, to nie rozumiem. Pani ma doświadczenie w postępowaniu z polskimi urzędami. Dla nas to bardzo cenne. Chciałabym, żeby przyjechała Pani do Berlina na dalszy etap rekrutacji. A okres wypowiedzenia – no cóż, jeśli nie uda się skróciuć to poczekamy.

Stanęło, więc na tym, że mam określić swoje oczekiwania finansowe i wyznaczyć termin w jakim mogę przyjechać. Poprosiłam o tydzień do namysłu. Trochę się cieszyłam, trochę biłam z myślami, ale jeszcze do mnie nie dotarło, że to poważna sprawa. Tydzień spędziłam na robieniu list na TAK i na NIE. W weekend pojechałam do spt z nastawieniem raczej na NIE. Wieczór spędziłyśmy we trzy, bo dołączyła do nas sąsiadka Wiesia (znamy się wakacyjnie).

- Nawet się nie zastanawiaj! - mówiła spt – to znaczy zrobisz jak zechcesz, bo to Twoja decyzja, ale ja bym się nie zastanawiała na twoim miejscu. Nic Cie tu trzyma

- Praca...

- Praca w biurze rachunkowym w Olsztynie kontra BASF Company w Berlinie – no nie rozśmieszaj mnie. Pojadę z tobą na to spotkanie.

-Ty wyjedziesz do tego Berlina – sekundowała jej Wiesie – ja to wiem

- No dobra! Obiecuję wam,że nie odmówię, ale podniosę stawkę i sami ze mnie zrezygnują.

- No i dobrze, podnieś, podnieś – powiedziała spt – zobaczysz, że się zgodzą.

Późno w nocy napisałam email

 

Szanowna Pani Anno,
przemyślałam wszystko to, o czym rozmawiałyśmy, przeanalizowałam swoją sytuację i doszłam do wniosku, że chciałabym utrzymać w Berlinie porównywalny standard życia do tego, który mam w Olsztynie. Zależy mi na tym, żebym mogła swobodnie utrzymać córkę na studiach. Zdecydowałam, że zapewniłoby mi to wynagrodzenie (tu rzuciłam kwotę w mojej głowie zaporową). Praca w waszej firmie to nie byłoby dla mnie wyzwanie zawodowe, specyfika stanowiska pracy, które oferujecie nie wymaga aż takiej wiedzy i doświadczenia jakie posiadam, ale niewątpliwie było by to dla mnie wyzwanie pod każdym innym względem i to mnie kusi.

Gdyby moje oczekiwania okazały się nie do przyjęcia, dziękuję za poświęcony mi czas i przemiłą rozmowę. Jeśli będą Państwo jednak nadal zainteresowani to mogę przyjechać na rozmowę do Berlina w tygodniu miedzy 16 a 20 kwietnia. Pozdrawiam serdecznie"


Byłam przekonana, że to koniec mojej przygody. "Ja właściwe wcale nie chcę rewolucji – tłumaczyłam sobie i koleżankom - Jest mi dobrze tak jak teraz, lubię swoje życie, lubię Olsztyn. Poczułam się doceniona i super, ale przecież nie muszę niczego zmieniać".

 

Dzień Dobry, Pani Agnieszko,

dziękuję bardzo za informację, myślę, że pani oczekiwania są do przyjęcia. Tak jak wspominałam też podczas rozmowy, w perspektywie jest możliwość przejścia na ciut wyższe stanowisko.

Dziękuję za wskazane dni, zorientuję się, w który dzień będzie najłatwiej u nas rozmowy z Panią zorganizować.

 

Pozdrawiam serdecznie,

Anna

 

- Zgodzili się na moje warunki, czy to znaczy, że jestem w grze? - zapytałam spt

- Jesteś! – zapewniła mnie spt - I jesteś mocnym graczem

I to było to zdanie, które zmieniło mi perspektywę. Poczułam się mocnym graczem. Wyszłam trochę poza swoje małomiasteczkowe opory (Gdzie? Ja? W wielkim mieście? Sama?) i zrobiłam na zimno analizę SWOT. Przewaga szans i mocnych stron była wyraźna nad słabymi stronami i zagrożeniami.

- Trafiło Ci się jak ślepej kurze ziarno – mówiła spt – i nie chodzi mi o to, że „za wysokie progi” tylko o to, że takie firmy nie szukają specjalistów w jakimś za przeproszeniem Olsztynie (o Orłowie litościwie nie wspomnę). Miałaś szczęście, że cię oferta nie ominęła a oni mieli szczęście, że na ciebie trafili. Teraz to im zależy bardziej. A ty głupia będziesz, jak nie pojedziesz. Ostatecznie zawsze możesz wrócić z BASFem w życiorysie i dyktować warunki w Warszawie.

 

„Dobrze” - pomyślałam - „skoro tak mnie wszystko pcha do tego Berlina, to może ja poważnie rozważę wyjazd”.

„O rany! Muszę powiedzieć Hanie, zanim zarezerwuję bilety”

To było trudne.

Cdn

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

*moja przyjaciółka Hana jest jednocześnie moją szefową od ponad siedmiu lat. Kocham ją bardzo i wiele jej zawdzięczam. Nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem, gdyby nie ona. Wprawdzie ona uważa, że to wszystko moja zasługa ona mi tylko pokazała możliwość, ale ja myślę, że bez jej wsparcia nie miałabym odwagi. Będzie występować podwójnie, bo w naszej relacji staramy się rozdzielić role.





czwartek, 10 maja 2018
elementarz

Jakoś nie lubię tych wszystkich panów, którzy "nie rozumieją kobiet". Zamiast porozmawiać z bezpośrednio zainteresowaną, szukają "ekspertów", którzy wskażą ten magiczny guzik, po naciśnięciu którego kobieta „zadziała” zgodnie z potrzebą. Jakoś nie lubię też tych panów, którzy „znają się kobietach”, bo mają głowę tak przepełnioną stereotypami, że miejsca w niej na człowieka nie ma.

Tak wszyscy jadą po tym biednym Coelho, że infantylny i oczywisty a jakoś elementarną zasadę, że "ludzie się różnią" trudno sobie przyswajają. Niektórzy powinni przyswajanie zacząć od tezy, że kobieta to człowiek. Każda. I każda oddzielny. Naprawdę. Nawet ta,  która jest drugą połówką od „my z mężem”.

Nie jesteśmy jednolitym (po)tworem  połączonym solidarnością jajników, nie musimy brać odpowiedzialności ani wstydzić się ani za Kaję Godek, ani za Krystynę Pawłowicz, ani za Kazimierę ani za nikogo innego.



środa, 09 maja 2018
Cyganka prawdę powie

Byłam u tarocistki. Ja. Ja, która życzy sobie dowodów, podstaw prawnych  i wiarygodnych badań. Dla mnie poezja to czysta matematyka. Byłam trochę przypadkiem, trochę do towarzystwa, trochę z ciekawości.

Poznam „bruneta wieczorową porą” (no dobra żarcik, nie bruneta tylko „pana starszego ode mnie”, więc może być siwy) i mam z nim interesów nie robić. Nie w sensie, że oszust tylko raczej pechowiec. To by się zgadzało z moim doświadczeniem życiowym. Mam słabość do wariatów, wizjonerów i indywidualistów. Tacy rzadko robią pieniądze.  

Czeka mnie też zmiana. Karty powiedziały, że DUŻA zmiana. Świat wzywa. Zmiana otoczenia, zmiana pracy być może zmiana kraju. Mam iść w kierunku nowych możliwości z wiarą w siebie.

Czyli jak zawsze u mnie  delta = constans:)

Ps. Ja wierzę we wróżby, ale tylko te dobre. Tak jak wierzę wyłącznie w dobre duchy. Wierzę, że mam anioła stróża ( albo szczęście:). To mi zupełnie nie przeszkadza być ateistką, feministką i lewaczką.

sobota, 17 marca 2018
gupi muzg

"Gupi muzg" to już druga książka w moim życiu, która mówi mi, że rzeczywistość nie istnieje. Rzeczywistość obiektywna. Mamy za to siedem miliardów osobnych rzeczywistości. I owszem one mogą mieć punkty wspólne, te punkty mogą ułatwiać wzajemne zrozumienie ale w ogólnym rozrachunku człowiek zostaje sam ze swoją rzeczywistością i musi ją oswoić.

I nie, nie, nie napisałam tego w duchu "każdy z nas jest samotna wyspą i to nieszczęście straszne". Wręcz przeciwnie. To absolutnie niezwykłe i fascynujące, że każdy z nas jest oddzielnym światem, widzi inaczej, słyszy inaczej, czuje inaczej.  Wiecie ile to definicji do weryfikowania?

Doktor House powiedział, że człowiek jest najgorszym źródłem prawdy o sobie, co przełożyło się na słynne "everybody lies". Czy rzeczywiście kłamią? Czy tylko mówią coś, co nam nie pasuje do naszej rzeczywistości?

Na pogrzebie mojej mamy ksiądz powiedział, że "swoim łagodnym charakterem wpisywała się w klimat naszego miasteczka". To było tak odległe od mojej prawdy o matce, że omal nie wybuchnęłam śmiechem. Na pogrzebie.

Wszystko to, co wiemy o sobie wiemy od innych. Najpierw od rodziców, bo to oni nam się jawią jako istoty wszechmocne, wszechwładne i niemal boskie. Nie mamy powodu im nie wierzyć. Zanim zobaczymy w nich ludzi, już mamy utrwalone gdzieś z tyłu głowy te wszystkie:

- jesteś zdolna ale leniwa

- jesteś uparta jak osioł

- rety, jaka z ciebie ślamazara

- zawsze kłamiesz, zawsze kłamiesz, zawsze kłamiesz...nikt cie nie lubi

Ziarno zasiane raz rośnie jak bambus w sprzyjających warunkach. Resztę załatwia na nas „głupi mózg”. Proces zapamiętywania a co za tym idzie uczenia się polega na tym, że mózg przyczepia informacje nową do już posiadanej i utrwalonej. Mózg bombardowany przez milion impulsów i nie jest w stanie odebrać i przetworzyć wszystkich. Wybiera i przetwarza te, które uznaje za przydatne lub znajome. I tu staje się jasne dlaczego dwie osoby z tego samego miliona bodźców „wybiorą” każda kilkanaście innych. Dlaczego te, które jakimś cudem odbierają te same bodźce czują tajemne „porozumienie dusz”.

Mamut musiała robić ze mnie kłamczuchę, bo ją „sprzedawałam”

W pociągu: - ile masz lat dziewczynko?

- Pięć i pół, proszę pana, i umiem już czytać

- Kłamie jak z nut, sama nie wie ile ma lat i zmyśla. Czterech jeszcze nie skończyła

Przy rodzinnym stole:

- Pan Stefan spał dziś u nas

- Co za kłamliwa małpa! Stefan ganek malował i przyszedł wcześnie a ta smarkata nigdy prawdy nie powie, bo prawdy nie lubi.

PRAWDĘ moja matka odmieniała przez wszystkie przypadki jako wartość najwyższą i źródło wszelkiego dobra. Używała jej jak bicza, knebla lub tarana w zależności od potrzeb. Nie muszę chyba dodawać, że to była JEJ prawda.

Nie znosiłam tej jej prawdy i okłamywałam matkę zupełnie bez skrupułów. Chociaż częściej z satysfakcją waliłam prawdę w oczy wiedząc, że i tak mi nie uwierzy. Za każdym razem jednak kiedy ktoś inny patrzył na mnie z niedowierzaniem, kiedy upewniał się czy dobrze zrozumiał. Odzywały się we mnie demony

  • Oho! Myśli, że kłamię. Nie wierzy mi. Nie lubi mnie. Przecież jestem kłamczuchą.

Otóż nie jestem. Nigdy nie byłam. Między innymi dlatego, że bardzo mi zależało, żeby o kłamstwo nie być posądzoną. Zdefiniowałam sobie na nowo i wyszło mi, że owszem, nie zawsze wszystko mówię, owszem koloryzuję, owszem widzę, że moja prawda nie jest z czyjąś prawdę zawsze kompatybilna. Ale nie uciekam w kłamstwo od odpowiedzialności. Ze dwa razy w życiu tak zrobiłam i oba razy potwornie odchorowałam. Nie opłaca się.

Mówiłam dziecku całe życie, że jest mądra, piękna, odpowiedzialna, poukładana i jest najlepszą córką na świecie. Tak to pamiętam. Boję się trochę tego, co ona pamięta i co jej przyjdzie wyrywać jak chwasta.





 



wtorek, 06 marca 2018
dzień, w którym kupiłam pralkę

Dziś świat postawił przede mną MOŻLIWOŚĆ. Dwie MOŻLIWOŚCI. Ale muszę wybrać jedną, bo dzieli je 600 kilometrów i granica.

Ani serce ani rozum nie zajęły jeszcze stanowisk. I co ja mam zrobić?

Ps. A pralkę kupiłam niezależnie od możliwości. Po prostu muszę ten dzień w pamięci jakoś zaznaczyć, żeby ustawić kamień milowy.

czwartek, 01 marca 2018
ja i te moje sosy

Sosy do sałatek to ja zawsze robię rewelacyjne, ale wczoraj przesadziłam i zrobiłam sos,  który powinnam sprzedawać. Zaczęłam łyżką jeść zanim się przeżarł. I jak tak jadłam w zachwycie i grzejąc się w blasku własnego geniuszu uświadomiłam sobie, że przecież jak zwykle dodawałam w świrze to, co w rękę wpadło i nie powtórzę!

Zadzwoniłam do Lolki.

- Dziecko najukochańsze pisz, póki pamiętam. Muszę czynności odtworzyć. Piszesz?- zaczęłam bez wstępów

- Piszę - powiedziało dziecko, bo to moje dziecko i nie takimi telefonami nie dawało się zaskoczyć

- Ocet jabłkowy, normalny kupiony, łyżka miodu, nie żałowałam, ten ciemny, on jest jest chyba wielokwiatowy. 

- Mamo, czy ty przepis na sos dyktujesz? - zapytała Lolka z niedowierzaniem

- Tak. Sos zrobiłam genialny! Pisz! - i kontynuowałam - łyżka kurkumy w proszku, pół łyżki chili...

- Mamo, łyżka czy łyżeczka? - zapytała czujnie

- Łyżeczka, oczywiście,  że łyżeczka. Łyżka była w miodzie - poprawiłam się - łyżeczka soli, dwie brzoskwinie z puszki, albo trzy, imbir wycisnęłam jak czosnek tak całkiem sporo. Zmiksowałam.

- Mamo, proporcje

- Kochanie, trzeba próbować na tym etapie, bo jeszcze przed oliwą można dodawać przyprawy. Dosłodzić jak za kwaśne, dodać octu jak za słodkie. Oleju mniej więcej tyle ile octu na początku trzeba przygotować. Ja dałam pół szklanki octu - tłumaczyłam - I teraz najważniejsze. Został mi olej po pomidorach suszonych z ziołami i żurawiną  i tego właśnie oleju razem ze wszystkim użyłam.

Olej (oliwę jak ktoś woli) wlewa się powoli na koniec, miksując cały czas do pożądanej konsystencji. Ja lubię tak gęste, jak ciasto na naleśniki.

Dziecko przepis zapisało i wysłało mamusi. Moim zdaniem nadaje się do sałaty, do mięs, do serów i do warzyw na parze. Ja robię w hurtowych ilościach, bo może stać długo. Ale nigdy nie stoi, więc nie wiem jak długo.

Bierzcie i róbcie. Możecie mi potem pomnik postawić.




 

 

 

wtorek, 30 stycznia 2018
przypominajka

Gdybym w ramach dokopywania sobie, miała wyrzuty sumienia, że załatwiam prywatę w czasie pracy, to melduję posłusznie, że wyszłam z pracy o 22:40. Mam nadzieję, że jutro nie wyjdę później. Od tygodnia nie wróciłam do domu przed dwudziestą pierwszą (włączając weekend). Taki charakter. Charakter pracy oczywiście, bo ja to przecież jestem podobno leniwa. "Zdolna ale leniwa" - taka łatka od podstawówki. Mam zadanie do wykonania i akurat trafiłam na kumulację deadlinow. IWA, PIT-4R, PIT-8AR i jeszcze listy płac, których nie można zrobić "na podstawie poprzedniego miesiąca", bo przełom roku.

Moja asystentka, moja prawa ręka, moja złota Ewuś (tylko dziecku mówię częściej, że kocham), rozchorowała mi się i musiałam wygonić do lekarza (tak, ją trzeba wyganiać, bo to jest dzieciak z takim poczuciem obowiązku, że pół-martwa, z gorączką, na ostatnich nogach chciała ZDALNIE pracować)

- Absolutnie bierz lekarstwa i do łóżka! Dam sobie radę. Potrzebuję Cię zdrowej, więc skup się na dbaniu o siebie. 

I jak we fraszce Kochanowskiego, dopiero teraz zobaczyłam, ILE ONA ROBI! Nie, żebym nie doceniała wcześniej. Doceniam, uwielbiam i chwalę. Odkąd pracujemy razem, widzę, że poszła do przodu jak burza i wykonuje coraz bardziej odpowiedzialne zadania. Dziś zagarnęłam z innego działu do pomocy dwie dziewczyny (fakt, że zupełne świeżynki) i we trzy ledwie wyrobiłyśmy się w czasie w z tym, co Ewuś robi sama.

Jutro termin ostateczny, została mi jeszcze 1/4 deklaracji do wysłania,  a Ewie kazałam zostać w domu.  Oczywiście, dam radę, ale mam dwa wnioski:

1. o Ewuś muszę zadbać bardziej

2. bez skrupułów w chwilach luzu, będę pisać w pracy blog:). W marcu. Albo w maju.

Idę spać, jutro ciężki dzień.





1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37