twierdzę , wątpię , pytam
czwartek, 05 lipca 2018
potrzeba

Dość późny wieczór. Dzwoni do mnie przyjaciółka i konspiracyjnym szeptem zaczyna
- Słuchaj, jestem w hotelu i potrzebuję… yyy… potrzebuję…
- Kasy – podpowiadam
- Nie kasy! Słowo mi wyleciało. No cholera! Potrzebuję…
- Wsparcia? Rady? Informacji? – staram się jak mogę
- Nie! Boże, jakie ja mam dziury w słowniku, na końcu języka mam, zaraz sobie przypomnę
- Prezerwatyw? – nadal się staram
- Przestań, bo mi w głowie mieszasz! Nie prezerwatyw, głupia! Potrzebuję ... tego ... no... no weź! Ukrycia. Nie, ukrycia nie...
- Alibi?
- Alibi potrzebuję! - ucieszyła się
"Super! - pomyślałam - Jest w hotelu i potrzebuje alibi. Całe szczęście, że nie muszę wychodzić z domu i zakopywać zwłok".
- Tak? - zapytałam ostrożnie
- Jakby moja mamcia dzwoniła, to jestem u ciebie i śpię.  

poniedziałek, 25 czerwca 2018
na złodzieju czapka gore

Wszedł klient do firmy. Rozmawiałam przez telefon, więc wskazałam mu miejsce, uśmiechnęłam się przepraszająco i poprosiłam, żeby poczekał.

Akurat  innemu klientowi tłumaczyłam, co powinien zrobić w przypadku, kiedy pracownica zgłasza, że była molestowana seksualnie przez kolegę z pracy. Mając świadomość, że mam słuchacza starałam się nie używać żadnych słów, które mogłyby zidentyfikować rozmówcę.

 - Słuchaj, molestowanie to nie tylko naruszenie kodeksu pracy ale też może być uznane za przestępstwo. W niektórych sytuacjach poważne... Po pierwsze musisz zareagować i to zareagować zdecydowanie, żeby dać wyraźny sygnał nie godzisz się na takie zachowania. W swoim dobrze rozumianym interesie... Wg kodeksu może to być uznane za dyskryminację ze względu na płeć a w tym przypadku można żądać odszkodowania od pracodawcy... To jest zbyt poważana sprawa, żebym ja mogła Ci doradzić. Idź do prawnika, bo to się może skończyć w sądzie... Ja nie wiem, czy masz to zgłosić na policję, zapytaj prawnika... Nie, nie zostawiaj tego, bo sytuacja będzie się powtarzać. Możesz zapytać inne dziewczyny, czy im się to przytrafiło, ale nie musisz. Nie musisz robić śledztwa, po prostu zareaguj. Nie powiem Ci co masz robić, bo to wykracza poza moje kompetencje, to jest sprawa dla prawnika.

W tym czasie klient oczekujący najpierw spurpurowiał, potem zbladł a następnie doszedł do wniosku, że się spieszy. Poskarżył się mojej szefowej, że rozmawiam z pracownikami za jego plecami i on sobie nie życzy.

Przez przypadek dowiedziałam się, co jest na rzeczy. Otóż pracownica oskarżyła go o molestowanie, usiłowanie gwałtu i bezpodstawne zwolnienie z pracy. Śledztwo jest w toku. 

To jeden z tych bidulków, co to pytają, "gdzie się podziało domniemanie niewinności" i "niedługo, zanim zaczniesz podrywać dziewczynę, będziesz potrzebować jej zgody na piśmie".

Nie znam szczegółów jego przypadku, więc nie będę wyrokować. Powiem tylko, że zawodowo widzę sens w zakazie  relacji seksualnych w pracy, jeśli występuje zależność służbowa. Niech szefowie/szefowe liczą się z tym, że mając silniejszą pozycję w pracy, zasługują na podejrzliwe traktowanie w sądzie. 

 

środa, 20 czerwca 2018
berliński gambit - epilog czyli kobieta światowa

W pracy ciężko, bo trzeba  było stworzyć plan na moje odejście. Jakieś ogłoszenie dać, kogoś znaleźć, nauczyć. Ustalić czego nauczyć. Przez ostatnie lata byłam w mojej pracy raczej kimś do „zadań specjalnych”. Rzadko zajmowałam się typową robotą kadrową. Listy płac, umowy, deklaracje i cały ten papierowy pierdolnik ogarniała moja (najlepsza na świecie) Iva. Ja robiłam wszystko to, co było z jakiegoś powodu problematyczne. No i weź to człowieku teraz przekaż.  Dałyśmy ogłoszenie, że do kadr i płac.

Przyszła kadrowa z wiedzą i doświadczeniem i podyktowała taką stawkę, że się nam loki wyprostowały.

Przyszła młoda, ambitna, dwa fakultety (w tym prawo pracy) ale nie odróżnia w praktyce pracodawcy od zleceniodawcy ani urlopu macierzyńskiego od zasiłku macierzyńskiego. A trzy miesiące na naukę to mało. Minął długi weekend i Berlin się nie zdecydował. Napisali, że potrzebują więcej czasu. Wszyscy Ci którzy mi kibicowali, dopytywali:

- I co? Odezwali się?

- Jeszcze nie – odpowiadałam i widziałam jacy są zawiedzeni.

Ja długo byłam zadziwiająco spokojna, ale zaczynałam godzić się z tym, że jednak się nie udało.

Któregoś dnia przyszła do mnie do domu Hana, przegadałyśmy pół nocy, wywlokłyśmy wszystkie żale z ostatnich miesięcy współpracy. Z mojej perspektywy Hana zaczynała mi szefować prywatnie a z jej perspektywy ja w pracy chodziłam własnymi drogami. Doszłyśmy zgodnie do wniosku, że formuła nam się wyczerpała i pracować już ze sobą nie powinniśmy. Stanęło na tym, że jeśli nie Berlin to i tak się służbowo rozstajemy. Oczywiście w pełnym porozumieniu.

Ulżyło mi. Naprawdę mi ulżyło.

Przede wszystkim dlatego, że złapałam równowagę i przekonałam się że mam bardziej przyjaciółkę niż szefową.

- Przepraszam za to co wtedy powiedziałam. Byłam zła – powiedziała – Ten Berlin to duża rzecz i w sam raz dla Ciebie. Wytłumaczyłam:

- Nie uciekam. Nie odchodzę dlatego, że mi źle – uważam, że ze wszystkich szefów jakich w życiu miałam, ty jesteś najlepsza. Nigdzie wcześniej nie pracowałam dłużej niż 3 lata a u ciebie jestem ponad siedem.  Po prostu już czas na mnie.

Na przełomie maja i czerwca miałam zaplanowany urlop w Paryżu. Tak, wiem jak to snobistycznie brzmi, ale dla mnie to był bardziej urlop niż Paryż i właściwie po taniości. Zatrzymałam się u ds, połaziłam trochę po mieście, jadłam sery i bagietki. Przeczytałam dwie książki i obejrzałam parę filmów. No i akurat w Paryżu 29 maja odebrałam telefon z Berlina z wieścią, że TAK. Kontrakt na dwa lata od 1 września, na warunkach nawet odrobinę lepszych niż ustaliliśmy.

Zadzwoniła spt :

-  Warszawa, Paryż, Berlin,  no, no, zrobiło się światowo:)

 

I konstatację mam taką:   Nic tak człowieka nie ogranicza jak on sam. Jeśli człowiek ma w głowie przestrzeń (nie mylić z pustką), to świat jest otwarty. Dzięki temu mogę spacerować nad Sekwaną, lecieć na kilka dni do Frankfurtu i planować Sylwestra w Berlinie.

Jest dobrze.



wtorek, 19 czerwca 2018
berliński gambit cd

- Muszę ci powiedzieć coś ważnego – zaczepiłam Hanę - potrzebuję neutralnego terytorium. 

Pojechałyśmy do kawiarni. Nie wiedziałam jak zacząć, żeby moja przyjaciółka, z którą miałyśmy wspólne zawodowe plany, nie poczuła się zdradzona.

- Mam ofertę pracy. Jeszcze się nie zdecydowałam i jeszcze mnie nie wybrali, bo właściwie to jest propozycja wzięcia udziału w rekrutacji, ale jest to na tyle ważne, że powinnaś o tym widzieć teraz.

Zrobiła tę swoja minę służbową, żeby ukryć zawód.

- Kiedy chcesz odejść? – zapytała sucho

- Chwila – wiedziałam, że muszę wyjaśnić - Nie szukałam pracy, po prostu dostałam szanse pracy w Berlinie, w mojej branży. Mam zaproszenie na rozmowę rekrutacyjną i chcę jechać. Decyzję podejmę po rozmowie. Uprzedziłam,  że mam 3 miesięczny okres wypowiedzenia. Jeśli odejdę, to najwcześniej w sierpniu.

- No dobrze, przynajmniej tyle – odetchnęła trochę – Co to za praca?

Opowiedziałam jej całą historię i zakończyłam:

- Jesteś moja szefową, ale przede wszystkim jesteś moją przyjaciółką i zależy mi na tym, żebyś mi została w moim życiu.

- Kiedy chcesz jechać?

- 20 kwietnia

- Dlaczego? Co jest dla ciebie priorytetem? Kasa? Rozwój?

- Znasz mnie piętnaście lat

- Myślałam, że trochę ci z wiekiem przejdzie to twoje „ahoj, przygodo!”. Moim zdaniem to jest zły pomysł. Nie nadajesz się do korporacyjnych trybów, ale oczywiście zrobisz, jak uważasz. Tutaj, przy odrobinie wysiłku, mogłabyś zarobić tyle samo.  I w ogóle z Twoja skłonnością do uciekania, pomyśl, czy nie uciekasz?

 

W sumie uspokoiła mnie ta reakcja, bo obawiałam się focha. Hana może nie podeszła do sprawy super racjonalnie, ale zrobiła coś, co mnie zmusiło w mojej głowie do obrony oferty. Do tej pory wszystkie reakcje były bardzo wspierające, więc ja wymyślałam  minusy dla równowagi.  

 

Pomyślałam, czy uciekam.

Nie uciekam.

 

Spotkanie w Berlinie uzgodniliśmy na  piątek 20 kwietnia (imieniny Agnieszki) na 10,00. Postanowiłam przyjechać dzień wcześniej, bo ja może jestem spóźnialska, ale spóźnialska z zasadami i się nie spóźniam. Zarezerwowałam hotel blisko firmy, kupiłam bilety na pociąg i pojechałam w środę do córki do Warszawy.

- Dziecko moje kochane, co ty myślisz o kolejnej rewolucji? – zapytałam najlepszą z córek

 Fundowałam jej gwałtowne zmiany kilka razy w życiu i raczej wcześniej nie pytałam o zdanie.

- Mamuś, ja jestem dorosła. Mnie  już życia do góry nogami nie wywrócisz, więc zupełnie się o mnie nie martw – mówiła - to niewielka różnica czy będę przyjeżdżać do Berlina czy do Olsztyna. A Ty jesteś mądra i odważna i na pewno ich tam z kapci wyrwiesz. Kanapki ci zrobię.

 

No to pojechałam zdobywać  Berlin.

Siedem godzin w pociągu i wysiadłam na dworcu głównym. Okoliczności układały się tak sprzyjająco, jakbym nagle dostała anioła stróża do zadań specjalnych i on mi pył spod stóp wymiatał. Wysiadłam,  pierwszy bus, który rzucił mi się w oczy, akurat jechał na Aleksanderplatz a tam miałam hotel. Mój niemiecki jest kompletnie zardzewiały, ale dałam radę kupić bilet, zameldować się i jeszcze nieco zorientowac w terenie. Następnego byłam gotowa na rekrutację. Tak jak spt kazała: grzecznie, elegancko, dress code korporacyjny. Zażartowali, ze zawyżam standardy, ale z uznaniem:)

Dwie godziny, trzy  spotkania, pięć osób. Nawet się nie zmęczyłam. Wręcz przeciwnie – miałam wrażenie, że chemia działa, pasujemy do siebie i dajemy sobie energię.

 - Ja już wiem, że chcę tu pracować – powiedziałam na koniec – jeśli się Państwo na mnie zdecydują

- To świetnie, że pani to mówi – ucieszyli się – decyzja zapadnie po długim weekendzie majowym, ale proszę być dobrej myśli.

 

Wyszłam uskrzydlona, przebrałam się w dżinsy i wygodne buty. Miałam osiem godzin na szwendanie się po mieście.

Berlin zdobył mnie. Jest świetnie skomunikowany, zielony, przyjazny, otwarty i pełen uroku. Powiedział mi, że będzie mój.

 

Cdn.



poniedziałek, 18 czerwca 2018
berliński gambit

Już mogę napisać, bo już niczego nie zmienię. Mogę tylko czekać na przeprowadzkę.

Otóż, w dniu, w którym kupiłam pralkę świat postawił przede mną możliwość zmiany pracy. Nie zauważyłabym, albo zignorowałabym, gdyby nie to, że akurat dokładnie kwadrans wcześniej wkurwiłam się na szefową*. I na przyjaciółkę*. Już jedną notkę naszej relacji poświęciłam. Kryzys właściwie zażegnałyśmy, burza bokiem przeszła ale jeszcze czasem słychać było grzmot. I to był jeden z tych grzmotów. Chciałam wyjść wcześniej z pracy (zwykle wychodzę później), bo kupiłam pralkę i kurier mnie zmuszał do obecności pod adresem o wyznaczonej godzinie. Szefowa mi zabroniła. Musiałam w pół godziny organizować inną przyjaciółkę, żeby przyjechała do mnie do pracy po klucze i pojechała do mojego mieszkania odebrać od kuriera pralkę. Zorganizowałam się, ale rozżalona byłam.

- Przecież ja do jasnej cholery nie muszę tu pracować! - powiedziałam w kosmos

 

I wtem email, że „dzień dobry” i „bardzo mi miło czy zechciałaby pani rozważyć, bo pewna międzynarodowa firma poszukuje do pracy kogoś dokładnie takiego jak pani i jeśli jest pani zainteresowana wzięciem udziału w rekrutacji to proszę o wysłanie CV na adres...”

 

Buhahahahah

 

Odpisałam od razu, że mam 48 lat i duże wymagania, za to nie mam tytułu magistra. Doskonale znam język wyłącznie polski, jeśli nadal są zainteresowani to proszę moje CV w załączniku (miałam pod ręką, bo często załączam je do projektów szkoleniowych). Dodałam też, że używam imienia Agnieszka, bo o tym, że na imię mam inaczej dowiedziałam się przy odbiorze dowodu osobistego i jeszcze się nie przyzwyczaiłam.

 

Wysłałam i zapomniałam.

 

Kiedy kilka dni później zadzwonił telefon w pierwszej chwili nie wiedziałam o co chodzi.

- Dzień dobry, dzwonię z firmy(...), nazywam się (…)

- Skąd pani ma mój numer telefonu? - zapytałam sucho zanim przeszła do rzeczy

- Yyy, dzwonię na numer podany w CV, kontaktowałam się już z panią w sprawie oferty pracy. Czy rozważyła Pani rozmowę rekrutacyjną?

- Aaa, rozumiem – złagodniałam nieco – a wcześniej skąd miała Pani namiar na mnie?

- Przez firmę, dla której szkoliła Pani dwa lata temu. Ma pani od nich świetne referencje.

Akurat jechałam na szkolenie do Warszawy i nie bardzo miałam głowę do myślenia ale uświadomiłam sobie, że upolowali mnie „łowcy głów”. Mnie! Tak mnie to podekscytowało i podniosło poczucie zawodowej wartości, że zaćmiło rzeczy sedno. A sedno było takie, że ja wcale nie szukałam pracy. Ukorzeniałam się Olsztynie i właśnie kupiłam pralkę. Jednym uchem słuchałam propozycji a drugim  a drugim Fredy Merkury śpiewał mi „We are the champions”. Zarejestrowałam, że proponują stanowisko w zespole zajmującym się kadrami i płacami pracowników zatrudnionych z polskich oddziałach firmy. Wymagają znajomości polskich kadr i płac, języka polskiego oraz przeprowadzki do Berlina. Surrealistyczne to było.

Wieczorem zadzwoniła spt, w  rozpaczy, że ona taka nieokrzesana.

- Nie jesteś nieokrzesana tylko charyzmatyczna, otwarta, prostolinijna i jedyna w swoim rodzaju. Jeśli ktoś oczekuje subtelnego motylka, co to się będzie zamiast "kurwa" mówił "ojejku", to raczej nie trać czasu -  przekonywałam

- No dobrze, a co u Ciebie? - zapytała 

- A ja chyba dostałam ofertę pracy w Berlinie - powiedziałam - to znaczy niezupełnie ofertę, raczej zaproszenie do rekrutacji.

- Co to za firma? Sprawdziłaś? - zapytała

- Nie sprawdziłam. Nie pamiętam nazwy, jakaś krótka nazwa na be. Ja po prostu nie mogę uwierzyć, że znalazła mnie firma headhunterska.

- No to sprawdź. Nie masz męża, to rób karierę! I jedź, będę miała metę w Berlinie.

 

Doszłam do wniosku, ze na tym etapie przecież nie muszę decydować. Mogę pomacać:).  Napisałam krótki email, że owszem mogę być zainteresowana. Po weekendzie zadzwoniła dziewczyna już w firmy z Niemiec.

- Dzień dobry, pani Agnieszko. Powiedziano nam, że pani woli, żeby się tak do Pani zwracać - kupiła mnie tym

- Yyy, tak rzeczywiście posługuję się tym imieniem choć formalnie nie występuje ono nigdzie

- Ja nazywam się Anna (…) reprezentuję BASF Company. Dotarło do nas Pani CV, zainteresowało nas i chciałabym porozmawiać bardziej szczegółowo. Czy może mi Pani poświęcić trochę czasu?

-Pani Anno, poświęcę tyle czasu, ile pani zechce, ale uprzedzam, że niezobowiązująco. Ja właściwie nie szukam pracy, ta oferta spadła na mnie tak nagle, że jeszcze nie wiem co o niej myśleć.

Nie zraziła się. Porozmawiałyśmy sobie o składnikach wynagrodzenia i sposobach ustalania podstawy do zasiłków, o różnicy między intencją a literą prawa i czynniku ludzkim i innych zawodowych rebusach. Po godzinie byłyśmy niemal zaprzyjaźnione.

- Pani Agnieszko, mnie będę ukrywać że mamy jeszcze kilkoro kandydatów, ale bardzo mi się pani podoba

 - Ale język! Ja wprawdzie zdawałam maturę z niemieckiego, ale wie pani kiedy to było?!  – robiłam wszystko, żeby ją zniechęcić – no i mam 3 miesięczny okres wypowiedzenia.

- W pracy nie byłaby to przeszkoda, w zespole wszyscy mówią po polsku. W firmie byłby przydatny angielski, ale nie od razu. W życiu niemiecki, jeśli tu pani zamieszka. Ja jestem Rosjanką, w Polsce mieszkałam 14 lat, myślę, że język znam nieźle, ale niech mi pani wierzy jak dzwonię do ZUSu, to nie rozumiem. Pani ma doświadczenie w postępowaniu z polskimi urzędami. Dla nas to bardzo cenne. Chciałabym, żeby przyjechała Pani do Berlina na dalszy etap rekrutacji. A okres wypowiedzenia – no cóż, jeśli nie uda się skróciuć to poczekamy.

Stanęło, więc na tym, że mam określić swoje oczekiwania finansowe i wyznaczyć termin w jakim mogę przyjechać. Poprosiłam o tydzień do namysłu. Trochę się cieszyłam, trochę biłam z myślami, ale jeszcze do mnie nie dotarło, że to poważna sprawa. Tydzień spędziłam na robieniu list na TAK i na NIE. W weekend pojechałam do spt z nastawieniem raczej na NIE. Wieczór spędziłyśmy we trzy, bo dołączyła do nas sąsiadka Wiesia (znamy się wakacyjnie).

- Nawet się nie zastanawiaj! - mówiła spt – to znaczy zrobisz jak zechcesz, bo to Twoja decyzja, ale ja bym się nie zastanawiała na twoim miejscu. Nic Cie tu trzyma

- Praca...

- Praca w biurze rachunkowym w Olsztynie kontra BASF Company w Berlinie – no nie rozśmieszaj mnie. Pojadę z tobą na to spotkanie.

-Ty wyjedziesz do tego Berlina – sekundowała jej Wiesie – ja to wiem

- No dobra! Obiecuję wam,że nie odmówię, ale podniosę stawkę i sami ze mnie zrezygnują.

- No i dobrze, podnieś, podnieś – powiedziała spt – zobaczysz, że się zgodzą.

Późno w nocy napisałam email

 

Szanowna Pani Anno,
przemyślałam wszystko to, o czym rozmawiałyśmy, przeanalizowałam swoją sytuację i doszłam do wniosku, że chciałabym utrzymać w Berlinie porównywalny standard życia do tego, który mam w Olsztynie. Zależy mi na tym, żebym mogła swobodnie utrzymać córkę na studiach. Zdecydowałam, że zapewniłoby mi to wynagrodzenie (tu rzuciłam kwotę w mojej głowie zaporową). Praca w waszej firmie to nie byłoby dla mnie wyzwanie zawodowe, specyfika stanowiska pracy, które oferujecie nie wymaga aż takiej wiedzy i doświadczenia jakie posiadam, ale niewątpliwie było by to dla mnie wyzwanie pod każdym innym względem i to mnie kusi.

Gdyby moje oczekiwania okazały się nie do przyjęcia, dziękuję za poświęcony mi czas i przemiłą rozmowę. Jeśli będą Państwo jednak nadal zainteresowani to mogę przyjechać na rozmowę do Berlina w tygodniu miedzy 16 a 20 kwietnia. Pozdrawiam serdecznie"


Byłam przekonana, że to koniec mojej przygody. "Ja właściwe wcale nie chcę rewolucji – tłumaczyłam sobie i koleżankom - Jest mi dobrze tak jak teraz, lubię swoje życie, lubię Olsztyn. Poczułam się doceniona i super, ale przecież nie muszę niczego zmieniać".

 

Dzień Dobry, Pani Agnieszko,

dziękuję bardzo za informację, myślę, że pani oczekiwania są do przyjęcia. Tak jak wspominałam też podczas rozmowy, w perspektywie jest możliwość przejścia na ciut wyższe stanowisko.

Dziękuję za wskazane dni, zorientuję się, w który dzień będzie najłatwiej u nas rozmowy z Panią zorganizować.

 

Pozdrawiam serdecznie,

Anna

 

- Zgodzili się na moje warunki, czy to znaczy, że jestem w grze? - zapytałam spt

- Jesteś! – zapewniła mnie spt - I jesteś mocnym graczem

I to było to zdanie, które zmieniło mi perspektywę. Poczułam się mocnym graczem. Wyszłam trochę poza swoje małomiasteczkowe opory (Gdzie? Ja? W wielkim mieście? Sama?) i zrobiłam na zimno analizę SWOT. Przewaga szans i mocnych stron była wyraźna nad słabymi stronami i zagrożeniami.

- Trafiło Ci się jak ślepej kurze ziarno – mówiła spt – i nie chodzi mi o to, że „za wysokie progi” tylko o to, że takie firmy nie szukają specjalistów w jakimś za przeproszeniem Olsztynie (o Orłowie litościwie nie wspomnę). Miałaś szczęście, że cię oferta nie ominęła a oni mieli szczęście, że na ciebie trafili. Teraz to im zależy bardziej. A ty głupia będziesz, jak nie pojedziesz. Ostatecznie zawsze możesz wrócić z BASFem w życiorysie i dyktować warunki w Warszawie.

 

„Dobrze” - pomyślałam - „skoro tak mnie wszystko pcha do tego Berlina, to może ja poważnie rozważę wyjazd”.

„O rany! Muszę powiedzieć Hanie, zanim zarezerwuję bilety”

To było trudne.

Cdn

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

*moja przyjaciółka Hana jest jednocześnie moją szefową od ponad siedmiu lat. Kocham ją bardzo i wiele jej zawdzięczam. Nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem, gdyby nie ona. Wprawdzie ona uważa, że to wszystko moja zasługa ona mi tylko pokazała możliwość, ale ja myślę, że bez jej wsparcia nie miałabym odwagi. Będzie występować podwójnie, bo w naszej relacji staramy się rozdzielić role.





czwartek, 10 maja 2018
elementarz

Jakoś nie lubię tych wszystkich panów, którzy "nie rozumieją kobiet". Zamiast porozmawiać z bezpośrednio zainteresowaną, szukają "ekspertów", którzy wskażą ten magiczny guzik, po naciśnięciu którego kobieta „zadziała” zgodnie z potrzebą. Jakoś nie lubię też tych panów, którzy „znają się kobietach”, bo mają głowę tak przepełnioną stereotypami, że miejsca w niej na człowieka nie ma.

Tak wszyscy jadą po tym biednym Coelho, że infantylny i oczywisty a jakoś elementarną zasadę, że "ludzie się różnią" trudno sobie przyswajają. Niektórzy powinni przyswajanie zacząć od tezy, że kobieta to człowiek. Każda. I każda oddzielny. Naprawdę. Nawet ta,  która jest drugą połówką od „my z mężem”.

Nie jesteśmy jednolitym (po)tworem  połączonym solidarnością jajników, nie musimy brać odpowiedzialności ani wstydzić się ani za Kaję Godek, ani za Krystynę Pawłowicz, ani za Kazimierę ani za nikogo innego.



środa, 09 maja 2018
Cyganka prawdę powie

Byłam u tarocistki. Ja. Ja, która życzy sobie dowodów, podstaw prawnych  i wiarygodnych badań. Dla mnie poezja to czysta matematyka. Byłam trochę przypadkiem, trochę do towarzystwa, trochę z ciekawości.

Poznam „bruneta wieczorową porą” (no dobra żarcik, nie bruneta tylko „pana starszego ode mnie”, więc może być siwy) i mam z nim interesów nie robić. Nie w sensie, że oszust tylko raczej pechowiec. To by się zgadzało z moim doświadczeniem życiowym. Mam słabość do wariatów, wizjonerów i indywidualistów. Tacy rzadko robią pieniądze.  

Czeka mnie też zmiana. Karty powiedziały, że DUŻA zmiana. Świat wzywa. Zmiana otoczenia, zmiana pracy być może zmiana kraju. Mam iść w kierunku nowych możliwości z wiarą w siebie.

Czyli jak zawsze u mnie  delta = constans:)

Ps. Ja wierzę we wróżby, ale tylko te dobre. Tak jak wierzę wyłącznie w dobre duchy. Wierzę, że mam anioła stróża ( albo szczęście:). To mi zupełnie nie przeszkadza być ateistką, feministką i lewaczką.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38