twierdzę , wątpię , pytam
poniedziałek, 03 kwietnia 2017
złudzenie

Kto pamięta Hodżę Nasreddina? Byłam jego fanką w podstawówce. Był moim pierwszym nauczycielem matematyki, logiki i interpretacji. Nauczył mnie też, że nie zawsze jest tak, jak nam się wydaje. Pamiętam taką przypowieść o szachownicy i ziarnach pszenicy. Hodża poprosił sułtana o skromny podarunek*. O trochę ziaren pszenicy. Ile? Ot, drobiazg zupełny, cóż to dla sułtana. Wieźmy szachownice i policzmy wg zasady: na pierwszym polu jedno ziarno, na drugim i każdym kolejnym dwa razy więcej, niż na poprzednim. Chciał tyle ziaren ile będzie na 64 polu. Wyszło mi

9223372036854780000 ziaren 

To ponad 390 miliardów ton. Pamiętam swoje dziecięce zdumienie, że to niemożliwe, że aż tyle. Wydawało mi się, że to dobry interes. Mózg jest jak gardło, łatwiej "łyknie" dużo podane w małych kęskach niż jeden duży kawałek. Na tym opierają się "chwilówki", spece od marketingu, politycy.

Weźmy nasz system ubezpieczeń społecznych. Szkolę z tego przyszłych przedsiębiorców. Wiecie, że na ubezpieczenia społeczne płacimy osiem składek.

ubezpieczenie emerytalne
ubezpieczenie rentowe
ubezpieczenie chorobowe 
ubezpieczenie wypadkowe
Fundusz Pracy
Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych
Fundusz Emerytur Pomostowych
ubezpieczenie zdrowotne

Zaraz się ktoś odezwie, że część płaci pracodawca. "Tak se tłumacz" - mawiał kiedyś mój ulubiony pracownik. Pracodawca, żeby mu się opłacało zatrudnić człowieka musi uwzględnić obciążenia. 

Przy obecnej pensji minimalnej (2000zł brutto) pracownik musi "zarobić" na siebie

2412,20zł - koszt pracodawcy

żeby otrzymać pensję w wysokości 1459,48 zł

Różnica 952,72 zł

111 zł podatek (który częściowo można odzyskać)

390,40 zł oddajemy na przyszłą emeryturę i to bardziej wirtualnie niż dosłownie, bo tak naprawdę oddajemy na bieżące emerytury. Ja już nie wierzę, że dostanę emeryturę od państwa.

155,32 zł - wrzucamy do studni Narodowego Funduszu Zdrowia

299 zł wywalamy w pozostałe składki nie wiedząc dokładnie komu i ile. To prawie trzy razy więcej niż podatek.

Życzę każdemu wysokiego podatku dochodowego. Sobie też.   

 

* z pamięci wydobywam, bo książkę zaczytałam na śmierć 30 lat temu. Treść może była inna, ale szachownica i ziarna występowały.

czwartek, 30 marca 2017
podział obowiazków

Pierwszy raz odczułam, że Lolka się wyprowadziła, kiedy nie mogłam znaleźć żelazka. (Po co mi było żelazko???) Zadzwoniłam więc z grzecznym pytaniem:

-  Córuś, gdzie jest żelazko?

- Mamuś, ja tam nie mieszkam od roku – westchnęło dziecko, zmęczone najwyraźniej pytaniami o miejsce pobyty przeróżnych rzeczy

-  Kochanie, ale w ogóle to mamy żelazko, tak?

- Mamy, matko moja jedyna, nie zapomniałabym o nim przy przeprowadzce, bo to bardzo dobre ruskie żelazko. Ciężkie i samo prasuje.

Drugi raz odczułam, że Lolka już ze mną nie mieszka, kiedy przechodząc obok lustra poczułam coś dziwnego. Jakby błąd w matrixie.  Lustro zasadniczo powinno pokazywać odbicie, to jego praca, tak? Otóż moje się zbuntowało i przestało odbijać a zaczęło przedrzeźniać. Spróbowałam łagodnie przemówić, że z takimi ambicjami to niech idzie do cyrku pracować, ale pozostało niewzruszone. Postanowiłam umyć. To nie był dobry pomysł, bo okazało się, że mam więcej zmarszczek niż myślałam. Zadzwoniłam do córki z pretensją. Że mnie rozpuściła i że nie lubię luster. Ona na mnie systematycznie fuka, że zawyżyłam jej standardy czystości podłóg (no heloł, po podłodze chodzę bosą stopą) ale tym razem się uśmiała i obiecała, że jak przyjedzie to umyje mi okno.

- Nie! Absolutnie! Albo umyjesz mi wszystkie albo nie tkniesz żadnego – zreflektowałam się w sekundę – przecież jak umyjesz jedno to ja zobaczę różnicę.

 

 

 

 



wtorek, 28 marca 2017
co innego na myśli

Rzuciłam palenie w listopadzie 2012 r. Tydzień później byłam u spt na imprezie, emocjonalnie pogubiona z kilku powodów, ale szczęśliwa, że nie palę. I pewna na stówę, że już nie zapalę. W związku z tym, że akurat umarła mi Mamut i jeszcze nie wiedziałam, co na ten temat myśleć, to dla zagłuszenia mówiłam o swoim niepaleniu wręcz z egzaltacją. Im większy sceptycyzm widziałam w oczach rozmówcy, tym bardziej się zapalałam, że tym razem NAPRAWDĘ nie wrócę do palenia.

Rozumiem niedowierzanie słuchaczy, bo historię rzucania palenia miałam barwną i długą. Właściwie wcześniej rzucałam palenie co jakiś czas. Na miesiąc, na trzy, na wakacje na czas ciąży i karmienia itp. Za każdym razem skutecznie:). 

Co się zmieniło, że tym razem byłam tak bardzo pewna po TYGODNIU?

Wiecie, że jestem świruską (dlaczego mi to podkreśla jako błąd?) na punkcie precyzji wypowiedzi. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że precyzja wypowiedzi to podstawą komunikacji. Nikt nie uczy, że każde słowo ma znaczenie i ono nie jest zależne od naszych intencji. Nikt nie uczy odpowiedzialności za słowo. Ale to zupełnie oddzielny temat, który prowadzi do wniosku "dziennikarstwo zeszło na psy upadło na dno" i ja nie o tym.

Drugie  - ważniejsze - to moja niezachwiana wiara w MOC słów. Słowa mają swoją energię, siłę działania i zgodni są co do tego psycholodzy, neurobiolodzy i inni naukowcy.

No i dlatego właśnie nie "rzuciłam palenia". Odwróciłam w głowie sposób myślenia i nastąpiło "pstryk i światło". Wcześniejsze rzucania palenia wiązały się z wysiłkiem, z poczuciem straty i ograniczeniem. Ja naprawdę byłam pewna, że lubię palić, że sprawia mi to przyjemność. To nieprawda. Fraza "lubię palić" jest klasycznym przeniesieniem. Nie „palić” lubiłam, tylko towarzystwo moich palących przyjaciół. Nie papieros sam w sobie sprawiał mi przyjemność, ale kontekst, z którym się wiązał.  Wdychanie dymu, dajcie spokój, to nie jest fajne! To jest cena jaką się płaci za kilka minut relaksu. Te same kilka minut wyciszenia, ale bez papierosa smakuje dużo lepiej. (Moja przyjaciółka, która rzuciła palenie w tym samym czasie, jeszcze przez kilka miesięcy chodziła na imprezy z papierosem i trzymała go  między palcami nie zapalając go. Bo trzymanie papierosa, dodawało jej pewności siebie. Wiedziała, co z rękoma zrobić.)

I kiedy to  zrozumiałam, poczułam ULGĘ. Bo zostawiłam sobie wszystkie "lubię" bez papierosa i bez ograniczeń dla stref dla palaczy, bez ekwilibrystyki planowania wszystkiego tak, żeby papierosów nie zabrakło i żeby znaleźć na papierosa czas i miejsce. Nie zabrałam sobie niczego - uwolniłam się.

Piszę  o tym, bo ostatnio mam trochę do czynienia z trenerami rozmaitych specjalności. Uczę się być trenerką w swojej branży  i co i rusz słyszę, że warunkiem rozwoju jest "wychodzenie ze strefy komfortu". 

A dalej mi jazda od mojej strefy komfortu!

Nie po to ją sobie buduję, żeby ją porzucać w imię gromadzenia niekomfortowych doświadczeń. Ja rozumiem przesłanie, wiem co autor miała na myśli, ale buntuję przeciw użyciu SŁÓW, które niosą za sobą konkretne znaczenie.  Co to jest komfort? To sytuacja (miejsce), w której czuję się dobrze, wygodnie, bezpiecznie, szczęśliwie. Moja córka, mój dom, moja praca, moi przyjaciele to moja strefa komfortu. Moja potrzeba rozwoju sprawia czasem, że mi strefie  komfortu ciasno i wtedy się rozpycham. Ale nie „wyszłabym” z tego za żadne skarby. Semantyka.

Żyjemy w  smutnym społeczeństwie, zastraszonym, podzielonym, narzekającym i pod wieczną presją. Tak mało w nas pewności siebie, radości, ufności i życzliwości skoro komfort rozumiemy jako odizolowaną od świata mentalną kanapę, z której trzeba wstać, żeby życie poczuć. Nie, nie, nie. Komfort to nie pułapka ani więzienie.

Komfort jest dobry. Dbajmy o niego.   



piątek, 24 marca 2017
czy powinna mnie interesowac podstawa prawna?

Czytałam jakiś artykuł o facecie, który przez przypadek podpisał korespondencje służbową sygnaturą swojej koleżanki po fachu. Zdziwił się bardzo, że został przez klienta potraktowany pretensjonalnie. W ramach eksperymentu podpisywał się jako kobieta przez tydzień. Po tygodniu doszedł do wniosku, że był to najgorszy okres  w jego karierze zawodowej. Nigdy wcześniej nie miał do czynienia  z tyloma klientami, którzy podważali jego kompetencje, próbowali się z nim umawiać lub zwyczajnie nie brali poważnie tego, co pisał.  Zdziwiła się też jego koleżanka, bo przyzwyczajona do takiego traktowania, była pewna, że to element specyfiki zawodu.

Jestem specjalistką w swojej dziedzinie. Kontakt  z klientami w moim przypadku, to nie jest zwyczajna obsługa klienta (która jest trudniejsza i rządzi się nieco innymi prawami). Dostaję pieniądze za to, że „wiem lepiej” albo „wiem, gdzie szukać” i potrafię swoje „wiem” obronić.  Starych klientów już przekonałam i  mi wierzą ( „starzy” czyli tacy, którzy już jakąś kontrolę ze mną przeszli). Czasem dzwonią, żeby zweryfikować to, co „internety mówią” albo ”w telewizji słyszeli”, ale szanują mnie i mój czas. Na co dzień jednak mam nieustający korowód niedowiarków, „wydaje-misiów”, dyskutantów, „ale wszyscy tak robią”, „a szwagier mówił” i tym podobnych. Ostatnio usłyszałam od faceta:

- Niech panią nie interesuje podstawa prawna, skoro ja tak robię, to znaczy, że mam prawo.

Jak się rozmawia o kulturze gwałtu, o przemocy w rodzinie o molestowaniu, to mężczyźni podnoszą raban, że oni TEŻ są bici, gwałceni i molestowani i o tym się NIE MÓWI. Nie wątpię,  że są i należy o tym mówić, ale spójrzmy na  statystyki i skalę. Ile razy w tym tygodniu, drogi mężczyzno, słyszałeś aluzje do seksu od osoby, którą zupełnie nie byłeś zainteresowany?  

Identycznie jest z niedocenianiem kompetencji. Wierzę, że mężczyźni też bywają deprecjonowani, ale w nieporównywalnie mniejszej skali.  Kiedyś przez przypadek zgadałam się z pewnym prawnikiem o wspólnym kliencie. Powiedziałam o nim, że jest trudny,  bo krzyczy i zastrasza dziewczyny, że musiałyśmy sobie na nim przećwiczyć i udoskonalić asertywność.  A ten prawnik zdziwiony:  „Jak to? W życiu! On nigdy głosu nie podnosi”. Zaczęłam zwracać uwagę na zjawisko.

Zauważyłam, że mężczyzna bez wstydu dyktuje stawki. Kobieta jak ma wycenić swoją prace, to w większości przypadków żąda mniej. A może to tylko ja tak mam? 

Od godziny się gryzę,  ile sobie zażyczyć za przeprowadzenie egzaminu branżowego? 

środa, 22 marca 2017
tabu - czyli majtki ci widać

Pamiętam  jak miałam za złe Gretkowskiej to pisanie o menstruacjach, macicach, bólach jajników itp. Miałam dwadzieścia lat, czytałam Łysiaka i byłam zakochana w korwiniście (tak, już wtedy Korwin- Mikke zagospodarowywał na scenie politycznej swoje żelazne 2 % elektoratu). Wierzyłam też w ten cały romantyczny bełkot o wyjątkowości, tajemniczości i niemożliwości zrozumienia kobiet. Odszczekuję.

Znacie?

"Żeby być szczęśliwym z mężczyzną należy go dobrze rozumieć i trochę kochać. Żeby być szczęśliwym z kobietą trzeba ją bardzo kochać i w ogóle nie starać się zrozumieć".

Pewnie, że znacie. Większość pewnie uzna z trafne.

Tak skutecznie jesteśmy tresowane od urodzenia do pełnienia roli OZDOBY, że aż trudno nam samym uwierzyć, że naprawdę NIE MUSIMY. Mało tego, każda inna rola musi być podporządkowana roli ozdoby. Cokolwiek robimy w domu, w pracy, w łóżku -  mamy obowiązek po pierwsze dobrze wyglądać. Piersi w przestrzeni publicznej? Proszę bardzo, zawsze i wszędzie. Z wyjątkiem karmienia dziecka, bo to obrzydliwe. Menstruacja? Udawajmy, że nie ma.  W ogóle. Abstrakcja taka, że niby naturalne i wszystkie doświadczają ale nie ja i nie teraz, bo to obrzydliwe. Owłosione nogi i pachy? Mraau jakie to  seksowne… a nie, przepraszam, to obrzydliwe jest.

I to postępuje.

Przeczytałam na jakimś forum komentarze, żeby kobiety odpuściły trochę i nie posyłały swoich 100% mężczyzn do sklepu po podpaski, bo to:

a) wstrętne

b) niemęskie

c) odziera nas z tajemnicy kobiecości

Jakoś nie wali się delikatna męska konstrukcja psychiczna, gdy trzeba kupić papier toaletowy.

 

Na szczęście mężczyźni, z którymi byłam związana, wiedzieli, że krew nie jest niebieska i nie da się powstrzymać od krwawienia siłą woli. Zdarzyło mi się kilka razy w życiu, że mnie krew zalała i musiałam sobie poradzić. Było to bardzo niekomfortowe i zależało mi, żeby nie narażać nikogo na nieestetyczne widoki ani sekundy dłużej, niż to było konieczne. Wdzięczna byłam za zrozumienie i pomoc w jak najszybszym ogarnięciu się. Zdarzyło mi się ratować w takich sytuacjach inne dziewczyny.   

 

Obrzydliwe? Obrzydzenie  to jedna z najsilniejszych emocji, związana z instynktem przetrwania i wszyscy go odczuwamy. Organizm mówi nam „tego nie jedz, bo ci zaszkodzi, to jest wstrętnie - odrzuć”  Jednak  w dzisiejszych czasach, po tysiącach lat cywilizacji, wstręt jest już uwarunkowany kulturowo. Jest sztucznie kodowany, żeby dyscyplinować kobiety.

 

Podobał mi się tegoroczny spot poznańskiej manify.

Chociaż "podoba mi się" to niewłaściwe określenie. Jest mi w gruncie rzeczy smutno, że musiał powstać. Że trzeba nieestetycznie wstrząsać, żeby otwierać oczy na rzeczywistość. Jesteśmy z krwi i kości, naprawdę musimy to wiedzieć. Nie po to, żeby epatować tylko po to, żeby być ze sobą w kontakcie. Naprawdę obrzydliwe są uprzedzenia, nienawiść i seksizm.

 

Umówiłam się na kawę z przyjacielem. Zwyczajna niezobowiązująca kawa. Znamy się szmat czasu i na ogół lubimy, ale tym razem wyprowadził mnie z równowagi jednym zdaniem:

- Majtki Ci widać

W pierwszym odruchu byłam pewna, że mi się sukienka podwinęła i rzeczywiście majtki mi widać, ale nie. Odznaczał mi się zarys majtek pod sukienką. Uściślając - widać było, że majtki na dupie MAM. To straszne wykroczenie modowe podobno. Bielizna ma być niewidoczna. Patrzący ma SIĘ ZASTANAWIAĆ czy bieliznę założyłaś, czy nie, bo tak jest bardziej seksi.

A gdzie w tym wszystkim ja? Gdzie jest granica? Majtki też mam starannie dobierac umawiając się na kawe?

 

 

Trochę gorycz przeze mnie przemawia, bo fajnie jest być ładną i nie przeszkadzała mi specjalnie presja społeczna póki nie musiałam na  "dobrze wyglądać"  poświęcać dużo czasu. Samo się dobrze wyglądało w wyciągniętym swetrze i w dżinsach, w niedbale spiętych włosach i bez makijażu. I zdecydowanie urodą i tupetem nadrabiałam braki wiedzy, ogłady, charyzmy.

Teraz mam wiedzę. I doświadczenie. Jestem naprawdę dobra w swojej pracy, ale gdziekolwiek się nie ruszę, czy to zwykłe spotkanie z klientem, konsultacje, negocjacje czy szkolenie to słyszę, że po pierwsze mam WYGLĄDAĆ. 

Nie chcę się użalać nad sobą, bo nadal potrafię wyglądem zachwycić, ale żeby tak się stało muszę:

- chcieć

- wyspać się

- poświęcić dużo czasu ubranie i umalowanie

Szkoda mi czasu.

Musze jeszcze uważać, żeby mi majtek nie było widać? No błagam.

 

Tymczasem mężczyzna musi być czysty.  No chyba, że nie może to nie musi.



czwartek, 02 marca 2017
jak to działa?

Daltonista nie wie, że nie widzi kolorów, bo w jego świecie ma też ponazywane kolory. Inaczej je widzi, ale widzi. I większość potrafi nazwać. Daltonista nie wie, że jego świat jest w odcieniach szarości póki mu ktoś tego nie powie. Podobnie z rozpoznawaniem twarzy .

Napadła mnie wczoraj u fryzjera jakaś baba i rzuciła się do całowania.  Dłuższą chwilę mi zajęło zanim się zorientowałam, że to moja przyjaciółka. Byłoby szybciej, gdyby się najpierw odezwała. Wrócił temat mojej prozopagnozji i znów usłyszałam pytanie : "To jak ty żyjesz, jak ludzi nie poznajesz?"

Otóż poznaję. Tylko nie po twarzy.

W testach pamięciowych i na spostrzegawczość wypadam całkiem nieźle. Funkcjonuję normalnie i ludzi potrafię opisać nawet z dużą dbałością o szczegóły. 

Tylko inaczej akcenty rozkładam.  Mój mózg przywiązuje do człowieka głos, sposób gestykulacji, sposób chodzenia, ubranie, kontekst i znaki szczególne. A twarzy jakoś nie. I to nie jest tak, że ja tej twarzy nie widzę. Ja ją widzę, ale nie kojarzę. Na szczęście objawia mi się mi to tylko wtedy, kiedy ktoś przełamuje schemat i trwa póki nie zbiorę innych danych. Czyli nie osadzę w kontekście.

Jako dziecko byłam postrzegana jako bardzo grzeczna dziewczynka, co wszystkim mówi "dzień dobry". Mówiłam wszystkim, bo tak było prościej niż się zastanawiać, kogo znam. Jako nastolatka wstydziłam się, że nie pamiętam twarzy, wiec udawałam, że pamiętam. I do dziś odpowiadam na każde "cześć" i "dzień dobry" i uśmiecham się do tych, którzy się do mnie uśmiechają. Łatwo mnie poderwać na: "My się chyba znamy?" :).

Męczy mnie potwornie oglądanie zdjęć ze ślubów, studniówek i wakacji. Nawet zdjęć z własnego ślubu nie oglądałam. Lubię ludzi charakterystycznych, z jakimś "felerem", po którym łatwo mogłabym ich rozpoznać. Działa na mnie głos ale też wyłapuję (i niektóre uwielbiam) wady wymowy. Kocham piegi odstające uszy, rude włosy, okulary, zeza i znaki szczególne. No i kontekst. Kontekst jest najważniejszy. W Paryżu na okładce jakiegoś poważnie wyglądającego pisma spodziewam się raczej Sarkozy'ego niż Blaira.  W pracy poznaję klientów, na uczelni poznaję koleżanki, w urzędach poznaję znajomych urzędników, ale mojego instruktora pływania, który przyszedł do biura w charakterze klienta nie poznałam. Koleżanki z pracy u fryzjera - nie poznałam.

 

Miałam  taki eksperyment badający spostrzegawczość:

pokazywano mi zdjęcia różnych  twarzy w grupach po 9 (trzy na trzy), minuta na przyjrzenie się i potem seria pytań.

Ile osób miało wąsy? Czy ktoś miał nakrycie głowy? Kto był w okularach? itp

Byłam świetna.

Gdybym miała 9 zdjęć tej samej osoby z różnymi rekwizytami, to chybaby mi mózg eksplodował. Z modelek rozpoznaję jedynie Cindy Crawford, bo ma pieprzyk i na zdjęciach, które znam, wskażę Anję.

Kocham film, bo wiem, kto gra i nie pojawi mi się w nim nagle były facet - obrażony, że nie poznałam (jak w ZUSie ostatnio).

Gdyby nie nazwy uczone nawet bym nie wiedziała, że to jakieś zaburzenie jest.

Ot - TAK MAM.

czwartek, 09 lutego 2017
alleluja

Justin miała wczoraj wolne, więc Aga zdaje jej relację: 

- Tego (TEN i TA uniwersalnie na klientów będę mówić) nie było, Ta przyniosła  dokumenty, ale jeszcze doniesie delegacje, więc nie kończymy. Będzie do Ciebie dzwonił z ofertą jakiś dystrybutor wody. Nie umiałam go spuścić na drzewo i powiedziałam, żeby zadzwonił w piątek.

Ja: Justin go spuści szybko na drzewo. Zapyta po prostu czy to woda święcona?

Justin: A właśnie! Koleżanka mi mówi, że ją wczoraj prąd kopnął a ja na to: "Ty bezbożniku".

Aga: Pewnie u spowiedzi nie była.

Zwykle rano robimy sobie z Justin prasówkę i wymieniamy się nowinkami. Wieść o tym, że

Enegra zawierzyła się Bożej Opatrzności i Matce Najświętszej Gromnicznej 

nieco nas ogłuszyła.

Czy to nie szydera z uczuć religijnych? Matce Boskiej GROMNICZNEJ? Naprawdę? Ja bym się poczuła urażona na miejscu Matki Boskiej. I niepotrzebna. I jak tak można? No chyba, że teraz gromnice będą na prąd a prąd za "co łaska" i "bóg zapłać".

 



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31