twierdzę , wątpię , pytam
środa, 06 grudnia 2017
mój ulubiony człowiek

Upiekłam cegłę. Zamierzałam wprawdzie upiec chleb, ale ja akurat z tych, co pieką kaczkę -dziwaczkę a wychodzi zając w buraczkach. Szarlotka bez jabłek, jajecznica bez jajek, ryba po grecku bez ryby to nasz rodzinna specjalność. Bierze się z:

a)      robienia zakupów „na głodno” – wtedy mam ochotę na wszystko naraz a potem, gdy gotuję, to nie chcę, żeby się marnowało.

b)      fantazji ułańskiej w składnikach zastępczych i łączeniu smaków

c)       stosowaniu miar „na oko” oraz „ups, sypnęło mi się, wpadło, pomieszałam miski*” (Lolka stosuje jeszcze kompletnie dla mnie niezrozumiałe „tyle ile trzeba”. Ja nie mam tajemnej mocy gadania z ciastem i ono mi NIE MÓWI, ile czego chce. Dlatego raczej unikam pieczenia).

Zazwyczaj  jak chcę zrobić coś do jedzenia, wychodzi mi coś do jedzenia. Zazwyczaj też ja zrobię coś niechcący pierwszy raz to wychodzi mi absolutne arcydzieło i nie udaje mi się tego powtórzyć. Tak właśnie upiekłam cegłę.

I-de-al-ną.

Prostopadłościan doskonały, twarda jak beton, zwarta, naturalna i jeszcze pachnąca. Młotkiem się nie da ukruszyć (tu 100% pewności nie mam, bo nie mam młotka, ale mam ciężarek do ćwiczeń używany w charakterze i on cegle rady nie dał). Jestem pewna, że byłaby dobrym  budulcem na katedry. To z przepisu na chleb na zakwasie. Łatwizna. Tylko zakwas, woda mąka żytnia i sól. Proporcji nie podam, bo patrz pkt c).

Kiedyś pierwszy raz robiłam wino z czarnych porzeczek. Wyszło mi najlepsze, wytrawne wino jakie w życiu piłam. Słowo daję. Próbowałam to powtórzyć z miernym już skutkiem. Poirytowana nastawiłam wino z jabłek. Wyszło mi 10 litrów octu. Ale jakiego! Rozeszło się szybko, bo rodzina i przyjaciele wynosili po butelczynie i jeszcze żebrali o więcej. Więcej mi nie wyszło.

Dziecko też mam tylko jedno, bo zupełnie nieplanowane urodziło się idealne. Jak ta cegła.  Naprawdę. Wychowanie wychowaniem, geny genami, ale czasem, kiedy o myślę o córce, to czuję, jakby mi serce otulała ciepła kołderka. Lubię ją, lubię jej obecność, kocham ją, rozśmiesza mnie, czasem irytuje ale częściej wzrusza.

A dziś, dziś ją jeszcze podziwiam i jestem dumna. Dostała staż w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. Marcelego Nenckiego PAN. Już jakiś czas temu dostała, ale ja usłyszałam „u Nęckiego”, a jedyny jakiego znam to Zbigniew Nęcki. Owszem lubię, ale nie zrobiło to na mnie wrażenia. Dziś poczytałam o Instytucie Nenckiego i się popłakałam.

Ona mi pisze, że to „nic takiego”.

- Mamo, ja tam pomagam a nie robię doktorat

- Mogę się pochwalić?

- Tak, pochwal się, że córka parzy kawę w Instytucie

A dla mnie to wielka rzecz. I wcale nie chodzi o to, że oczami wyobraźni widzę, jak Nobla odbiera. Zupełnie nie o to chodzi. Ta wielka rzecz to obserwacja, że moja córka idzie WŁASNĄ DROGĄ. Od dziecka. Odkąd zaczęła chodzić. Odkąd zaczęła mówić. Odkąd zaczęła dojrzewać. Mówiła, że chce wiedzieć,  jak działa ludzki mózg.  Nie zawsze mogła iść tam gdzie chciała, bo świat nie jest łagodną krainą nieograniczonych możliwości. Ale nie szła tam, gdzie nie chciała. Widzę jak konsekwentnie i odpowiedzialnie wybiera, gdzie postawić następny krok. Widzę jak się czasem waha i jak się czasem boi. Widzę, że teraz nie jest jej łatwo, bo będzie musiała pogodzić studia, staż i pracę. Widzę jak czasem nie lubi być dorosła. Wypuściłam w świat i już nie ja jestem najbliżej, nie uchronię, nie pocieszę, nie pójdę się bić (no chyba, że wezwie, to wtedy wiadomo, jeszcze drużynę zbiorę). Wierzę w nią bardzo. Wierzę, że pójdzie za pasją, za miłością, za swoim „chcę” gdziekolwiek to będzie. Albo będzie badać ludzki mózg, albo będzie piec pierniczki w kształcie ludzkiego mózgu. Albo cokolwiek innego, co będzie lubić.   

Jest mądrym, dobrym i pięknym człowiekiem. Moim ulubionym. I mówi do mnie „mamo”. Idę, bo się usmarkałam.

*niepotrzebne skreślić

wtorek, 05 grudnia 2017
instrukcja

Znalazłam przepis na miksturę super - hiper - mega - giga - rewelka, czy jak to się jeszcze  w tej współczesnej polszczyźnie określa dobre rzeczy:). Mikstura do picia, samo zdrowie, oczyszcza organizm, przywraca młodość i takie tam. 

Czytam:

- sok z cytryny

Cytryn ci u mnie dostatek - wycisnęłam

- jabłko

Jabłko obrałam pokroiłam  i do miksera

- łyżka miodu - dodałam

- łyżka siemienia lnianego – mielone czy w ziarnach? wrzuciłam w ziarnach

- łyżka nasion chia - jest

- pół szklanki wody – akurat mineralna pod ręką

Zmiksowałam. Przelałam do kubka (trochę większy od szklanki)

Spróbowałam.

Dobre.

Wypiłam wszystko.

Czytam dalej: „Przechowywać w chłodnym miejscu, pić codziennie rano trzy łyżki”

Aha.

Jak to szło z tym czytaniem instrukcji do końca?



 

środa, 22 listopada 2017
przegląd techniczny

Od trzech lat mam nieaktualne badania lekarskie w pracy, zapomniałam jak się nazywa mój lekarz rodzinny a mój gin jak mnie słyszy (polecam go i zapisuję koleżanki) mówi:

- Na panią to ja już nie mam słów!

Kiedy jednak trzy dni pod rząd wstałam z bólem głowy, poszłam do mojej lekarki. Ja jestem pacjentką, która przychodzi z diagnozą. Wy nie?

- Pani doktor, grypa. Boli mnie głowa, plecy, ramiona i mam katar. I ogólnie źle się czuję.

- Może jednak zawał?  - zapytała filuternie

Nawiązała do wizyty, kiedy przyszłam z zawałem, który okazał się zgagą. Skąd mogłam wiedzieć? Wpisałam w google "ból i pieczenie za mostkiem" i internet wątpliwości nie miał.

- Ja wiem, ze mi pani będzie ten zawał wypominać, ale tym razem grypa.

- Kataru nie widzę, gorączka jest?

- Przecież pani wie, że mi się katar na oczy rzuca i mi łzawią. A gorączki nie mierzyłam, bo wzięłam apap i nie było sensu.

Osłuchała, opukała, obmacała, pozaglądała w oczy, w uszy i gardło.

- Ręce drętwieją? - zapytała

- Drętwieją, skąd pani wie?

- Głowa boli tak jakby bolały oczy od środka – pytała dalej

- Dokładnie tak!

- To obawiam się, że to żadna grypa tylko kręgosłup – westchnęła – zapalenie kręgów szyjnych. Jeśli pani nie przewiało, to obstawiam stres i przemęczenie.

- To znaczy, że nie zarażam – ucieszyłam się – Stres owszem, ale nie jakoś szczególnie tylko zupełnie w normie. Kłopot w tym, że nie mam czasu odreagować, bo maraton szkoleniowy

- Dam przeciwzapalne i proszę tego nie lekceważyć – powiedziała z dezaprobatą – i skierowanie na badania dam. Pani już nie ma dwudziestu lat.

- Pani doktor, dwadzieścia już z całą pewnością mam – zażartowałam sobie, ale skierowanie wzięłam grzecznie.

Skoro zrobiłam wyniki to siłą rozpędu  zahaczyłam jednak o ginekologa.

- Wszelki duch! Co Panią sprowadza?!- zapytał podejrzliwie

- A nic szczególnego – uspokoiłam go – lekarka rodzinna zmobilizowała mnie do przeglądu technicznego. Badania krwi zrobiłam to i cytologię już do kompletu poproszę. Poza tym Panie doktorze chyba klimakterium mi się zbliża.

- Proszę, proszę! Klimakterium powiada pani. Nieregularne miesiączki, jakieś inne objawy?

- Właściwie nie, na razie regularnie, ale już mi znudziło zabezpieczanie.  Na filmach płaczę. I jak hymn grają. I ostatnio się rozpłakałam, na takim programie,  gdzie prowadzący zapytał ludzi „kto jest dawcą organów” i podniósł się las rąk i ja się tak wzruszyłam, że ludzie są jednak ludzcy, że się popłakałam. Ale właściwie to ja tak od zawsze mam. Kiedyś się rozszlochałam, jak ze złości rzuciłam o ścianę ciastem na faworki i ono się do tej ściany przykleiło – tak sobie monologowałam, żeby niezręczność  zagadać, bo jednak badania ginekologicznego nie lubię.

- Uhm, rozumiem, proszę pokazać piersi – pokazałam grzecznie, zbadał -  bada pani piersi?

- Oczywiście, codziennie – zapewniłam zgodnie z prawdą

Po badaniu i kilku dodatkowych pytaniach:

- Otóż. Na klimakterium za wcześnie, na moje oko niech się pani zabezpiecza. Gdyby pani chciała zajść w ciążę pewnie nie byłoby łatwo, ale jeśli pani nie chce, to uczulam, że jeszcze pani może. Ale są drobne zmiany,  które zalecam usunąć. Może pani jutro zameldować się na oddziale na czczo?

- Jakie zmiany?

Nie będę raczyć szczegółami, w skrócie: drobiazg i nic poważnego, ale lepiej usunąć, zbadać i mieć spokój.

- Jutro nie mogę,  w następny wtorek? – wyciągnęłam kalendarz

- Zapisuję panią.  Ósma rano. To blisko pani domu, jak będzie ładna pogoda w kapciach pani przyjdzie. Około trzynastej, jak wszystko pójdzie dobrze,  wypiszemy.

No to pojechałam wczoraj. Bolało tylko podawanie znieczulenia, ale zanim zdążyłam napyszczyć, że boli – odpłynęłam. Obudziłam się zgodnie z planem, poleżałam kilka godzin i poszłam do doktora. Pozwolił wyjść.

Zamówiłam taksówkę i poszłam po wypis. Zanim zakończyłam formalności zobaczyłam, że taksówka podjeżdża. Założyłam kurtkę byle jak, nie dopięłam butów, chwyciłam w ręce torebkę, telefon, kapcie, książkę i szal  i wyszłam  szybko.

- Czy Pani ucieka ze szpitala? – zapytał taksówkarz

- Tak! Z piskiem opon poproszę – potwierdziłam

- Dokąd? – zapytał jeszcze niepewnie

- Do domu! – starałam się utrzymać powagę – do dużego pokoju

- Czyli mylimy pogonie? – złapał konwencję
- I na torturach się pan nie przyzna, że mnie w ogóle widział

- Nigdy w życiu!

Morfologię mam wzorcową  a reszta wyników za trzy tygodnie. W ten weekend ostatnie szkolenie i przez całą zimę w weekendy będę oglądać seriale i dziergać na drutach. I trylogię Cherezińskiej zamówiłam. Howg!



piątek, 20 października 2017
o szczęściu

Obiecałam sobie, że to będzie wpis bez wulgaryzmów. Nie żebym była jakoś szczególnie przeciw używaniu słów obelżywych, specjalna notkę im poświęciłam i owszem używam. Uważam jednak, że słowa mają moc kreowania rzeczywistości. Wielokrotnie o tym pisałam i przykładów mogę podać bez liku. Nie chcę, żeby moja rzeczywistość  była kreowana przez  język owszem adekwatny do sytuacji, ale brudny, bolesny i taki, który sprowadzała się do taplania się z błocie debaty publicznej.

 Byłam zdenerwowana , tak bardzo zdenerwowana od poniedziałku (akcja #metoo #jateż), że unieruchomiło mi ramię (mój organizm na stres reaguje sztywnieniem).

Przejrzałam swoja ścianę na FB, przejrzałam blog i uświadomiłam sobie, że wyglądam na osobę  ze złamanym mentalnym palcem. Gdzie nie dotknę tam boli.  Im bardziej brnę naprawianie świata tym bardziej wygląda on jak stajnia Augiasza.  Może idzie wojna, może planeta się zdenerwuje strzepnie ludzkość  z powierzchni, a może wpadnę  pod  autobus. Albo będę żyła w brudzie i gniewie albo w matrixie. Jedno tylko powiem, nie zamierzam się bać.

 

Dość.

 

Kocham swoją córkę i lubię z nią czas spędzać.  Ta relacja to dla mnie nieustające źródło szczęścia, radości i dobrego humoru.

Pracuję w takim zespole dziewuch, że doprawdy jak się zatrzymam i nad tym pomyślę, to sama sobie zazdroszczę. Zespół tworzymy. I naprawdę nie chodzi o to, że jesteśmy  jakoś wyjątkowo zaprzyjaźnione i w niewiadomo jakiej zażyłości. Nie. Rozchodzimy się po pracy  do własnych światów, zapominamy o swoich urodzinach i imieninach,  ale w pracy każda jest odpowiedzialna nie tylko za swój kawałek podłogi  ale też za ogólny kierunek firmy. Nie ma gadania za plecami, niema fochów, gorzkich żalów, rywalizacji i podkładania świń.  Szanujemy  swoja pracę i swój czas. Kłócimy się kwieciście i krótko, bo nie chodzi o to, żeby czyjeś było „na wierzchu” ale o to, żeby system działał.

Wiecie jakie to szczęście spędzać codziennie osiem godzin w przyjaznym środowisku?

Prócz pracy na co dzień – szkolę i też to uwielbiam.  Jestem dobra w swojej branży, umiem wiedzę przekazać i mogę sobie przy tym odrobinę pogwiazdorzyć J.  

Choć uwielbiam pracę jedną i drugą, to mam jeszcze ukochane pasje.

Blog filmowy piszę, książkę o kobietach w rodzinie piszę, na festiwalach filmowych bywam, w konkursie prelegentów startuję, na drutach robię, mieszkanie urządzam, gotuję czasem, z przyjaciółmi się spotykam, kota mam, staram się ruszać trochę. A rytuał codziennego wybierania filmu na wieczór sprawia mi wiele frajdy. 

Zdrowa jestem. Marzenia mam.

To jest mój matrix. Jestem szczęśliwym człowiekiem.   

Kupiłam sobie wczoraj skarpety z palcami. Z pięcioma palcami. Na moje wyznanie, że posiadam palców u nóg 5 słownie pięć  (a nie cztery, jak myślą producenci butów) nawet rynek odpowiedział swoją niewidzialną ręką. A może nogą?  



poniedziałek, 16 października 2017
wyższy poziom absurdu czyli syndrom ocaleńca

Nie bardzo rozumiem, czy wyobraźni mam nadmiar czy też wręcz przeciwnie zupełnie nie umiem sobie wyobrazić. A może to nie kwestia wyobraźni tylko dostatku lub niedostatku rozumu? Niech mi ktoś to wytłumaczy jak pięciolatkowi.

O co właściwie chodzi?

Pod postem o tym, że są kobiety, które nie chcą mieć dzieci, czytam: Dobrze, że moja matka tak nie myślała, bo by mnie nie było. 

Aha

Ronald Reagan powiedział kiedyś nieprzytomnie: Zauważyłem, że wszyscy którzy popierają aborcję zdążyli się już urodzić.

Może jest jakiś świat alternatywny, o którym nie wiem, żyją w nim blastocysty i tworzą zaawansowaną cywilizację. Nie tylko blastocysty. Żyją tam też ludzie, którzy są bytem potencjalnym, ale już stoją w kolejce, już przebierają nóżkami i „się proszą” na TEN świat. I są bardzo nieszczęśliwi, jak ktoś się jednak na dziecko nie zdecyduje? Bo co? Kolejka im przepada?

No luuudzie! Nie wiem jak wy, ale ja się nie prosiłam. Czego nie omieszkałam wyrzucić mojej matce w tzw. „głupim wieku”.

Byłam niechciana ciążą i niewygodnym dzieckiem. Urodziłam się i super – lubię swoje życie. Gdyby matka się zdecydowała na aborcję, to by mnie nie „zabiła”, tylko nie urodziła.  Gdyby mnie nie było, to by mnie po prostu nie było. Żadna krzywda, żadna strata dla mnie, żadna cena do zapłacenia. Cenę za moje urodzenie płaciła matka. Pewnie zdarzało jej się, że żałowała i pewnie były chwile, że dziękowała Bogu, w którego wierzyła po swojemu. Sama jestem matką. Choć ciąża nie była zaplanowana, córkę mam akurat „chcianą” i kocham ją najbardziej na świecie. Wywróciła mi świat. Rodzicielstwo wywraca świat.

Beze mnie matka byłaby innym człowiekiem. Może lepszym. Może nie.    

Ja nie zużywałabym tlenu i wody, nie produkowałabym śmieci, nie mądrzyłabym się w internecie, niczego nie straciliby moi przyjaciele i niczego nie zyskali by ci, którzy mnie nie lubią. Świat by trwał jak trwa, ani lepszy ani gorszy, a ja nie miałabym głowy, którą bym sobie mogła zawracać problemem nieistnienia. Nie chciałabym się urodzić „za wszelka cenę”. Nie ośmieliłabym się decydować za kogoś.

Mogliby się nie urodzić Jezus, Kopernik czy Szymborska? Spokojnie – gdyby się Jezus nie urodził, to i tak zadbano by o to, żeby jego urodziny wymyślić. Inny Mikołaj (a może Bartosz czy Konstanty) ruszyłby Ziemię i inna Wisława (a może Zofia czy Anna) napisałaby: „Nic dwa razy się nie zdarza”.

Nie ma żadnego szczęścia w tym, ŻE żyję. Szczęście jest w tym JAK żyję.




czwartek, 05 października 2017
Kto to jest Mariusz? - czyli zagadka detektywistyczna

Ja to sobie potrafię zapewnić rozrywkę.

Jadę tramwajem i widzę, że w nieodebranych mam "Kasia Mariusza". Hm. Hm. Who???

Oddzwaniam ostrożnie

- Cześć, Aga, ja przepraszam, dzwoniłam przez pomyłkę, nic nie chciałam - odezwała się zanim zdążyłam zareagować - po prostu telefon sam wybrał numer i jakoś tak wyszło. Poznajesz mnie, prawda?

Brzmiało przyjaźnie, brzmiało jakbyśmy się znały prywatnie i lubiły. Głosu nie rozpoznałam. Myślę sobie "przykro jej będzie, jak się okaże, że nie znam"

- Kasia? - pytam niepewnie

- Tak! Kasia Mariusza - ucieszyła się wyraźnie - to ja Ci nie będę głowy zawracać, pa.

- Pa, pa - pozostawałam w stuporze

Matko boska!

Jakiego Mariusza??? Znam trzy Katarzyny w życiu i jedną w literaturze (tę, co miała katar - apsik:). Jeśli tak ją zapisałam w telefonie, to musiałam wyjść z założenia, że Mariusza skojarzę szybciej.

Tak z marszu kojarzę i kocham Mariusza Szczygła. Nie wiem czy ma Kasię. W jednym Mariuszu kochałam się z wzajemnością w czasach podstawówki i ogólniaka. Kontaktów nie utrzymujemy, bo po co sobie psuć fajne wspomnienie i jego zona nie na imię Kasia. Mariusze wśród klientów nie są ze mną na ty i ich potencjalne Kasie też nie. Wśród bliskich znajomych na M mam Marcinów dwóch, Maćka i Michała w rodzinie mam Marka i Mikołaja (ten wprawdzie nie żyje, ale dla porządku wymieniam).

Mariusz pilnie poszukiwany.

środa, 04 października 2017
kurier

No jak mnie irytują kurierzy!

Jak zamawiam przesyłkę pocztową to wiem, że jak mnie nie będzie w domu to przesyłkę będę musiała odbierać na poczcie. Rozumiem i mniej za to płacę.

Jak zamawiam kuriera to oczekuję, że uzgodni ze mną, kiedy będę w domu. niektóre firmy proszą o podanie "widełek" czasowych, kiedy ktoś będzie obecny w domu. I to rozumiem, podaję i nie mam pretensji.

Ale dziś (i to nie jest sytuacja wyjątkowa) dzwoni kurier:

- Dzień dobry, kurier. - kropka i cisza

- Dzień dobry - wytrzymałam ciszę

- Mam przesyłkę na adres <...>

- Bardzo się cieszę, będę pod tym adresem o godzinie 17,00 - poinformowałam

- Ja już o tej godzinie nie pracuję. - stanowcza kropka 

- Proszę Pana to wypracujmy jakiś kompromis - jeszcze zła nie jestem, ale już mówię cicho i po-wo-li. Czyham.

- Może Pani odbierać w magazynie. - kropka wyraźnie urażona. Magazyn na drugim końcu miasta a przesyłka waży 15 kilo i kosztowała pół mojej pensji. 

No i ja przepraszam ale nie. Sporo zamawiam przez internet i coraz częściej jestem stawiana pod ścianą, że "dzień dobry ja JESTEM". Ja też jestem i nawet sobie cenię swoje BYĆ. Zależy mi też na tym, żeby MIEĆ. Przesyłkę. Jakby mnie uprzedzili wcześniej, mogłabym się zorganizować, koleżankę poprosić, do sąsiada zadzwonić, czarodziejski rytuał odprawić, cokolwiek. W obliczu "jestem" jestem bezsilna. Zwłaszcza, że pan się śpieszy i ma za złe.

Moja ukochana ciotka swojego do męża Stefana zwykła mówić w złości:

- Idy, idy, idy (z mocnym akcentem na igrek) durbaku durnyj!

I Stefan szedł, bo tak mu instynkt nakazywał.

A z panem kurierem fukając na siebie wzajemnie uzgodniliśmy jednak, że przywiezie mi paczkę jutro kurier wieczorny. Nie można było tak od razu?

 



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32