twierdzę , wątpię , pytam
sobota, 16 lutego 2019
o kalendarzach i tęsknocie

Kalendarzy używam odkąd przeczytałam „Całe zdanie nieboszczyka” Chmielewskiej. Nie wiem czy pamiętacie ale to kalendarzyk i zawarte w nim dodatkowe informacje pozwoliły głównej bohaterce wyjść cało z opresji.

Pracować z kalendarzem nauczyła mnie Hana. Przyjaciółka, która przez prawie 8 lat była moja szefową. Zapisuję w nim nie tylko rzeczy do zrobienia, ale wszystko, co mi w duszy zagra i do głowy przyjdzie. I bardzo lubię na początku nowego roku przeglądać kalendarz z poprzedniego i przepisywać to co istotne na następny. To mi daje poczucie ciągłości i sensu.

 

Tęsknię za Haną. To jedyna osoba, której mi brakuje tak bardzo namacalnie. Nasza przyjaźń zaczęła się od obecności i na tym się oparła. Pracowałyśmy razem i mieszkałyśmy blisko siebie więc widziałyśmy się niemal codziennie. Bywało jednak, że nie rozmawiałyśmy wcale przez kilka dni, bo się „nie składało”. Każda była zajęta. Wiedziałam jednak, że wystarczy grymas, mina z mojej czy jej strony i znajdziemy dla siebie czas i miejsce. Inne przyjaciółki mam tak samo daleko jak miałam. Berlin czy Olsztyn nie robi im różnicy. Może nawet  teraz łatwiej im będzie wyskoczyć na weekend. Rozmawiamy jak zawsze.

Hana mi się oddala.

Ona ma taki charakter, że jak ma problem, to potrzebuje rozdzielić włos na czworo i przegadać, poczuć wsparcie, wymyślić PLAN a potem wywrócić go do góry nogami. Za daleko jestem, żeby w tym uczestniczyć. Ja, jak mam problem, to się chowam w mysiej dziurze, „w wysokiej wieży otoczonej fosą” Nie wiem jak ona mnie stamtąd wydłubywała ale nie dawała się zbyć. Teraz jest za daleko, żeby w ogóle zauważyć. 

Tęsknię za nią, bo nie miałyśmy zwyczaju gadania przez telefon i nam się przez telefon rozmowa nie klei. Hana nie istnieje wirtualnie i nie czyta mojego bloga. Boję się, że się zgubimy.



wtorek, 12 lutego 2019
jak zepsułam Walentynki

W pracy okrzepłam i zapuszczam korzonki. Znaczy nawiązuję relacje. Poprzedni tydzień był intensywny, ten zaczął się nerwowo, więc postanowiłyśmy z Kate po pracy gdzieś pójść i pogadać. Kate jest ode mnie z dychę młodsza, mężatka, dwoje dzieci. W pracy - człowiek od zadań specjalnych. W życiu - Skorpion, numerologiczna dwójka. Cokolwiek to znaczy:).

- Tu w pobliżu jest włoska restauracja – powiedziała Kate – siostrzenica mi pokazała. Bardzo fajna, myślałam, żeby męża przyprowadzić w Walentynki.

- Włoska? - nieco zrzedła mi mina, bo ja za włoska kuchnią nie przepadam – a piwo tam dają?

- Może sprawdzimy?

 

Kuchnia może bez szału, ale miejsce klimatyczne i obsługa znakomita. Dostałyśmy stolik i menu i asystę dwóch kelnerów. Jeden po prostu był w pracy, drugi się najwyraźniej zachwycił. Nienachalnie i nieprzesadnie. Dał nam pogadać ale czujnie wykorzystywał każdy pretekst, żeby podejść i zamienić kilka zdań. Kiedy Kate zdradziła po włosku, że jesteśmy Polkami, niemal oszalał z radości. Zwykle nie przepadam za nadmierną opieką przy jedzeniu, ale ta miała wyjątkowy urok. Dostałyśmy ekstra mus czekoladowy na deser i jakiś likier i sery i tuzin komplementów. Albo dwa tuziny. Flirt to moje drugie imię, więc nie byłam dłużna. Przed wyjściem umalowałam usta na czerwono, odcisnęłam na serwetce i włożyłam do saszetki z rachunkiem i pieniędzmi za rachunek.

- Ja cię wyciągnęłam, to ja płacę – powiedziała Kate

- Następnym razem – zaoponowałam – tym razem ja, bo to moje wpisowe. I bardzo się ciesze, że mnie wyciągnęłaś.

- Właściwie należy ci się ten rachunek za karę. Przecież ja już teraz męża nie przyprowadzę. Zepsułaś mi Walentynki!


Chciałam zapytać „Dlaczego??? Przecież nic nie zrobiłam”, ale nie zdążyłam, bo dogonił nas kelner cały w rumieńcach, zapraszający ponownie, dziękujący i kłaniający się. Wcisnął nam wizytówki restauracji. Na mojej był nabazgrany pośpiesznie numer telefonu.

- Ti amo – usłyszałam na pożegnanie.



środa, 06 lutego 2019
już za chwileczkę, już za momencik

Welcome to the Berlinale

a ja akurat na weekend lecę do Warszawy.

Ale nic to. Od poniedziałku "tenisówki, cola light i z festiwalu na festiwal".

 



niedziela, 03 lutego 2019
o cenzurze

 

Wspomniałam, że kupiłam sobie książkę? Jeśli miałbym być precyzyjna to właściwie 5 książek, ale nie bądźmy drobiazgowi. Oglądałam wywiad w Tomaszem Raczkiem (uwielbiam, choć gustu filmowego nie podzielam) i to mnie natchnęło do kupienia „Pereł kina” cztery tomy a „Kinopassana” jakoś mi się tak sama dodała:). W wywiadzie Raczek opowiadał jak to jako początkujący dziennikarz przyniósł swój felieton filmowy Kałużyńskiemu, żeby ten go ocenił. I powiedział przy tym:

– No ja nie wiem, czy nie przesadziłem. To takie mało popularne refleksje, nie wiem czy nie powinienem złagodzić, żeby mi przez cenzurę przeszło.

A na to odpowiedział doświadczony starszy kolega:

– Panie Tomaszu, to nie jest pana zadanie. Pan ma pisać najlepiej i najszczerzej, jak potrafi, a potem bronić każdego zdania przed cenzurą ze wszystkich sił. Jeśli sam pan się zacznie cenzurować, to będzie pana koniec jako dziennikarza. Przestanie pan być sobą. Nie wolno panu tego robić.

 

Wiele razy słyszałam, że jestem odważna. To prawda, jestem. Ale nie dlatego, że się nie boję. Też mam w sobie takiego wewnętrznego cenzorka, który pracowicie podcina mi skrzydła i mówi (czasem głosem matki, czasem głosami znajomych a czasem moim własnym głosem) „nie nadajesz się”, „nie dasz rady”, „ośmieszysz się tylko”.

Staram się go pacyfikować i mówić „stop, to nie jest twoje zadanie”.

Kocham matematykę, bo jest nieubłaganie precyzyjna i poezję dokładnie za to samo.

O to chodzi jedynie, 
By naprzód wciąż iść śmiało,
Bo zawsze się dochodzi
Gdzie indziej, niż się chciało.*

Sparafrazowałabym Boccaccia: Lepiej próbować i żałować niż żałować, że się nie spróbowało. Nie namawiam, żebyście zaraz rzucali męża, pracę, palenie i ojczyznę, mówię tylko, że żadnej z tych rzeczy nie żałuję, choć wszystkie inaczej sobie wyobrażałam.

Ale tak naprawdę to nie chodzi o odwagę ale o determinację. To nie odwaga a determinacja pomogła Jaśkowi Meli zdobyć oba bieguny w jednym roku. To determinacja pozwoliła Martynie Wojciechowskiej wleźć na Mont Everest niespełna dwa lata po złamaniu kręgosłupa i to dzięki determinacji 85 letni Hiromu Inada ukończył w zeszłym roku Iron mana czyli przepłynął prawie 4 kilometry, przejechał na rowerze 180, przebiegł 42.

Gdy wyprowadzałam się od męża moje miesięczne zobowiązania przekraczały o 280 zł moje wynagrodzenie. Wybrnęłam. Kilka lat później mój pomysł na własną działalność zakończył wpadnięciem w spiralę zadłużenia i stanami depresyjnymi. Kiedy wyprowadzałam się do Olsztyna miałam prawie 30 tysięcy długu i wciąż dziecko na utrzymaniu. Wybrnęłam. Berliński gambit to doprawdy fraszka igraszka w porównaniu.

Jak się bardzo chce, to można. Tylko, żeby nam się chciało chcieć.

 

Moja firma szuka dwóch osób do zarządzania trzema hostelami. Trzeba ogarnąć recepcję i cztery osoby personelu. Praca na zmiany za całkiem przyzwoitą stawkę. Zadzwoniłam do jednej z dziewczyn, z którymi pracowałam. Mieszka tu od 6 lat i pracowała w różnych hotelach jako pokojówka. Znam ją, jest bystra, energiczna i dałaby radę śpiewająco i w podskokach. Zarobiłaby prawie dwa razy więcej niż przy sprzątaniu.

– Jest taka oferta – mówię

– Ale coś ty! Ja nie dam rady. Nie nadaję się do zarządzania – to była pierwsza reakcja

– Przyjdź, zobacz, porozmawiaj, co ci szkodzi? – namawiałam – najwyżej się nie zdecydujesz

– Ok, to odezwę się.

Dziś dostałam SMS, że niestety nie będzie miała dnia wolnego, żeby przyjść. Nie drążyłam, ale coś mi podpowiada, że jej wewnętrzny cenzorek wygrał.

 

*Leopold Staff, gdyby ktoś miał akurat zaćmienie

 

sobota, 02 lutego 2019
zakupy

Dostałam premię, której się zupełnie nie spodziewałam. A że ostatnio wydawałam pieniądze na rzeczy niezbędne do życia, to wyhodowałam sobie węża w kieszeni. Oczywiście każdy ma jakiś zakres „niezbędnych do życia” i mnie się tam ciągle mieszczą filmy i książki a zupełnie nie ma tam miejsca na ubrania i kosmetyki. Dziury do załatania żadnej nie mam, nawet mam drobną nadwyżkę na koncie więc postanowiłam premię rozpizgać na głupoty. Miałam też motywację, żeby polatać po sklepach, bo obiecałam przyjaciółce perfumy i informacje czy w Berlinie są wyprzedaże.

Otóż biednie z tymi wyprzedażami. Wolałabym, żeby było inaczej, bo miałaby dodatkowy powód, żeby do mnie przylecieć, ale niestety. Owszem widać tu i owdzie jakiś szyld, że przecena, ale jeszcze na posezonową akcję to nie wygląda.

 

Wczoraj kupiłam sobie szczotkę do włosów, figi, śliwki i orzechy. Czyli skromniutko. Nic nadzwyczajnego. Dziś zdecydowałam, że nie może tak być, żebym ja nie mogła sobie przyjemności zrobić! W końcu motto w kalendarzu zobowiązuje. Trzy największe centra handlowe obleciałam. Tłum ludzi, gorąco w kurtce, niewygodnie z kurtką w ręce. Muzyka wwierca się w mózg i wszędzie ludzie. Przymierzyłam jedne szare spodnie i zielony sweterek. Na wieszaku wyglądało prześlicznie. W przymierzalni okazało się, że nie jestem wieszakiem a światło w połączeniu z zielenią sweterka przypomniało mi, dlaczego nie lubię horrorów. Nic więcej mi nie wpadło w oko. Do rozpizgania premii podejście drugie prawie skończyło się płaczem. Na szczęście zgłodniałam od tego łażenia. Poszłam sobie do włoskiej restauracji, zamówiłam i mnie olśniło.

Przyjemność.

To przyjemność miała być celem. Kupowanie ciuchów nie sprawia mi przyjemności. Nigdy więcej! Ot tak sobie bez konkretnego planu, to ja mogę po sklepie ogrodniczym latać między roślinkami i doniczkami. W każdym innym brakuje mi tlenu.

W restauracji podjadając sałatkę i popijając ją piwem (a co!) wydałam premię na zakupy przez internet. I tak to!

 



piątek, 01 lutego 2019
odżywam

Muszę chyba posłać kwiaty firmie, która mnie ściągnęła do Berlina. Za to, że mnie wyciągnęli z Olsztyna i za to, że mnie nie jednak nie chcieli. Po niespełna dwóch tygodniach w nowej pracy czuję cię potrzebna i doceniona. Jest to niewielka firma. Szef apodyktyczny, wizjoner, ale odpowiedzialny i inteligentny. Brat i wspólnik szefa rzadko bywa w siedzibie, bo ogarnia teren. Kathy asystentka, prawa ręka, człowiek – orkiestra no i ja – kobieta od cyferek i wszystkiego, co można z nimi zrobić. Już wam powiem, że niezły z nas team.

Wróciłam do notek z początku września i widzę, że nie ma porównania. Tam po tygodniu byłam sfrustrowana. Fakt, że głównie tym, że nie mam co robić:).

 

Na fali energii, zapisałam się na wycieczki po mieście i inne spotkania organizowane przez Goethe Institut dla tych się uczą języka. Mam taką przypadłość, że im mniej mam czasu tym lepiej jestem zorganizowana. Jeszcze tylko ta wiosna.

Na kalendarzu na ten rok wygrawerowałam sobie : Dzień dobry, kocham cię!

A co Wy macie na kalendarzach?

 




sobota, 26 stycznia 2019
praca czyli zwrot akcji

W Berlinie jest praca. Naprawdę. Można znaleźć z dnia na dzień. Jak mi firma, do której przyjechałam, wyrwała dywanik spod nóg, to jeszcze w locie umieściłam swoje CV na portalu pracowym (w Polsce). Dostałam niemal natychmiast dwie oferty. Jedna z biura rachunkowego w Warszawie a druga z firmy szkoleniowej, z którą współpracowałam wcześniej. Mogłam się przeprowadzić do Warszawy i mieszkać z spt:), ale gdzieś podskórnie czułam (i nadal czuję), że ten Berlin jest po coś. Pojechałam na spotkania i szkolenia wzięłam a w biurze podziękowałam. Był koniec września a ja wciąż emocjonalnie na pełnej petardzie.

Miałam za co żyć i miałam czas. Policzyłam, że bez pracy kasy wystarczy mi do lutego nawet nie licząc tych złotówek, które dostanę za szkolenia.

Musiałam tylko stworzyć plan B.

No dobra, planu nie mam, bo nie jestem w tym dobra, ale mam dwa postanowienia:

  • nie wyjadę stąd nie znając perfekcyjnie języka, w końcu mam na wyciągnięcie ręki milion native spekerów. Tylko łapać i gadać.

  • Ja wam jeszcze pokażę! To postanowienie jest uniwersalne i wraca do mnie zawsze jak coś się wali. Tak naprawdę to „wam”, to nikt konkretny. Trochę moja matka, trochę ci, którzy mi nie kibicują, ale najbardziej ja sama.

Pracę bez znajomości języka można znaleźć z marszu przy opiekowaniu się starszymi ludźmi. Całkiem przyzwoicie płatną, bo około 1500 euro miesięcznie właściwie na czysto, z mieszkaniem i jedzeniem za darmo. Ofert jest bardzo dużo i właściwie odpowiadają na każde zgłoszenie. Polskie firmy, które zajmują się organizacją takiej pracy, oferują kontrakty na minimum miesiąc z mieszkaniem u podopiecznego. Praca jest wymagająca i kto nie miał doświadczeń z opieką nad chorą osobą, niech się nie pcha. Ja nie chciałam rezygnować z mojego mieszkania no i  miałam zobowiązania szkoleniowe w weekendy.

Drugi rodzaj ofert to praca w rozmaitych magazynach, metkowanie, pakowanie i tym podobne. Stawka za godzinę od 10 do 12 euro brutto. Odpowiedziałam na parę ogłoszeń, ale bez odzewu i nie wiem tak naprawdę, czy łatwo taką pracę dostać czy nie.

No i trzecia branża, gdzie pracy w bród to szeroko pojęte sprzątanie. Stawki rożnie od 9 do 12 euro za godzinę. Kojarzyło mi się z ciężką praca fizyczną i miałam świadomość, że ja sprzątać nie umiem.

Dla znających język mnóstwo jest ofert dla budowlańców, kierowców każdej kategorii i fachowców we wszystkich branżach. Niemal w każdym większym markecie szukają sprzedawców.  

Jak mi nieco opadła adrenalina i wkurw, to popadałam w apatię i całymi dniami nie robiłam nic. Po trzech dniach w domu, uświadomiłam sobie, że jak nie wyjdę byle gdzie, to się zapadnę.

Napisałam ogłoszenie na forum „mieszkam w Berlinie, jeszcze nie znam niemieckiego, szukam pracy”. Odezwały się trzy firmy sprzątające, dwie szukające opiekunek, jedna oferta od pana, który „często bywa w Berlinie” i płaciłby mi za możliwość zatrzymania się u mnie „z bonusem” (sic!) i napisała do mnie jedna dziewczyna z „hej, sprzątanie w hotelu, może być od jutra, zadzwoń jeśli jesteś zainteresowana”. Zadzwoniłam i to było coś dla mnie w tym momencie.

Hotel trzy-gwiazdkowy, sześć pięter, pięć dziewczyn (ze mną włącznie), wszystkie Polki. Pracowałam 5 dni w tygodniu od 3 do 6 godzin dziennie. Stawka 10 euro za godzinę, ale z zastrzeżeniem, że mam sprzątać 3 pokoje na godzinę. Nie było ciężko, chociaż na początku zbierałam za to, że jestem powolna. Dziewczyny szybko nauczyły mnie jak sprzątać „sposobem”. Oszczędzę szczegółów. To nie była wymarzona praca, ale zmusiła mnie do wyjścia z domu, regularnych posiłków (miałyśmy obiad w pakiecie) i nauki. Napiwki były miłym dodatkiem.

Dziewczyny, które poznałam pracowały tak od lat. Znały język, miały tu partnerów i dzieci a ta praca nie zajmowała im dużo czasu. Przepracowałam prawie trzy miesiące. W tygodniu byłam pokojówką w hotelu a co drugi weekend w Warszawie cenioną specjalistką od kadr i płac. Trochę mnie bolało zdeptane ego, ale w gruncie rzeczy byłam z siebie naprawdę dumna.

Przed świętami w grudniu poinformowano nas, że hotel niedługo zmienia właściciela i nie wiadomo czy nowy nas zatrudni. Nie nas pojedynczo, tylko firmę sprzątającą, dla której pracowałam. Dostałyśmy listę obiektów, na które mogli nas ewentualnie przerzucić i czekałyśmy na informację.

Przeglądając ogłoszenia trafiłam na takie, gdzie polska firma budowlana z siedzibą w Berlinie szukała księgowej. Poszłam na spotkanie i dostałam tę pracę. Cztery dni w tygodniu po 10 godzin od poniedziałku do czwartku za przyzwoite pieniądze. Na razie na okres próbny, więc trochę się boję tryskać entuzjazmem, ale już mogę powiedzieć, że zespół mały, zgrany, pracę wykonuję sensowną i czuję się potrzebna.

Mogę chyba ogłosić zwrot akcji. Dałam radę.

 



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39