twierdzę , wątpię , pytam
środa, 12 kwietnia 2017
humanista

- Panie Jarku, znów ma Pan źle wypisaną fakturę. Kwota mi się nie zgadza W związku z tym, że to nie jest pierwszy raz, to chciałabym ustalić jak Pan wypisuje faktury?

- Normalnie, na kalkulatorze liczę

- ok, to niech pan weźmie kalkulator i na przykładzie ostatniej faktury proszę ze mną policzyć: 153,60zł razy 23% ...

- Na moim kalkulatorze nie ma procentów, razy 23 podzielić na sto

- I ile Panu wyszło?

- 35

- 35? A groszy Pan nie nie ma?

- No mam, 33 grosze. A te grosze też trzeba?

 

 

Nie uważacie, że te wszystkie księgowe to czepialskie są? I wścibskie. "A co to jest na tej fakturze? A zapłacone? A to nie jest dokument? A ten drugi telefon to dla kogo?" I jeszcze się  każdego grosza czepią.


 

poniedziałek, 10 kwietnia 2017
małe święto dziękczynienia

Widziałam taki mem, żeby się napić za wrogów, bo gdyby nie oni, nie bylibyśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy. Może i tak jest,  ale ja wierzę w DOBRĄ energię i wolę podziękować przyjaciołom. Jeśli mam jakiegoś wroga, to niech wie, że nawet o nim nie wiem.

Dziękuję córce za miłość, której mnie nauczyła, za lekcję życia, za nieustanną inspirację

Dziękuję przyjaciołom za wsparcie i za obecność. Tę obecność, którą czuję nawet jeśli jesteś w Londynie, Bartoszycach czy Warszawie.

Dziękuję moim najcudowniejszym dziewczynom z pracy, które codziennie dają mi siłę, energię,   dzięki którym uwielbiam swoją pracę i wierzę w MOC. Bo "jak nie my to kto".

Dziękuję też blogowisku, że skrzyżowało mojej ścieżki z margą, spt, ds i małgośką. Wszystkie was kocham za UBOGACENIE  mnie. Blogowisku zawdzięczam znacznie więcej cudownych znajomości, wzruszeń, emocji, spotkań i "dyskusji po świt".

 

Szczęściara ze mnie, co?

czwartek, 06 kwietnia 2017
w mojej bajce
Przeczytałam, że w powstaje w Polsce sieć aptek katolickich, które nie będą miały w ofercie tabletek antykoncepcyjnych. Wkurwia mnie to, ale rozumiem, że zmusić do sprzedaży antykoncepcji nikogo nie można. Teoretycznie można, ale w praktyce nie chodzi się do apteki na manifest światopoglądowy czy polityczny tylko po lekarstwo.
Wracałam sobie ostatnio do domu spacerem.
apteka pierwsza  (w ruchliwym miejscu, kolejka): 
- Dzień dobry, czy tabletkę "dzień po" dostanę?
- ... yyy  - zrobiło się cicho.
Farmaceutka spojrzała z lekkim popłochem w oczach na mnie, na kolejkę, na mnie.
- Sprawdzę - poszła na zaplecze
- Niestety nie mamy - wróciła po minucie.
- A...ha. Do widzenia
 
apteka druga (akurat pusto): - Dzień dobry, czy tabletkę "dzień po" dostanę? 
- Nie ma
- To do widzenia.
 
apteka trzecia (kilka osób w kolejce):
- Dzień dobry, czy tabletkę "dzień po" dostanę? 
- Tak, mamy dwa rodzaje. Cena 99zł albo 115zł w zależności od firmy. Którą Pani podać?
- A dziękuję bardzo, chrom poproszę. I magnez. I witaminę B - pani nieco zastygła w zdziwieniu.
- Nie potrzebuję na szczęście - pośpieszyłam z wyjaśnieniem - ale postanowiłam byle gdzie zakupów nie robić.
 
Polecam : Apteka Hibiskus, ul. Jagiellońska 33/2, Olsztyn
nie polecam sieci aptek "Dom Zdrowia" ani "Dom Leków"
 
ps

poniedziałek, 03 kwietnia 2017
złudzenie

Kto pamięta Hodżę Nasreddina? Byłam jego fanką w podstawówce. Był moim pierwszym nauczycielem matematyki, logiki i interpretacji. Nauczył mnie też, że nie zawsze jest tak, jak nam się wydaje. Pamiętam taką przypowieść o szachownicy i ziarnach pszenicy. Hodża poprosił sułtana o skromny podarunek*. O trochę ziaren pszenicy. Ile? Ot, drobiazg zupełny, cóż to dla sułtana. Wieźmy szachownice i policzmy wg zasady: na pierwszym polu jedno ziarno, na drugim i każdym kolejnym dwa razy więcej, niż na poprzednim. Chciał tyle ziaren ile będzie na 64 polu. Wyszło mi

9223372036854780000 ziaren 

To ponad 390 miliardów ton. Pamiętam swoje dziecięce zdumienie, że to niemożliwe, że aż tyle. Wydawało mi się, że to dobry interes. Mózg jest jak gardło, łatwiej "łyknie" dużo podane w małych kęskach niż jeden duży kawałek. Na tym opierają się "chwilówki", spece od marketingu, politycy.

Weźmy nasz system ubezpieczeń społecznych. Szkolę z tego przyszłych przedsiębiorców. Wiecie, że na ubezpieczenia społeczne płacimy osiem składek.

ubezpieczenie emerytalne
ubezpieczenie rentowe
ubezpieczenie chorobowe 
ubezpieczenie wypadkowe
Fundusz Pracy
Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych
Fundusz Emerytur Pomostowych
ubezpieczenie zdrowotne

Zaraz się ktoś odezwie, że część płaci pracodawca. "Tak se tłumacz" - mawiał kiedyś mój ulubiony pracownik. Pracodawca, żeby mu się opłacało zatrudnić człowieka musi uwzględnić obciążenia. 

Przy obecnej pensji minimalnej (2000zł brutto) pracownik musi "zarobić" na siebie

2412,20zł - koszt pracodawcy

żeby otrzymać pensję w wysokości 1459,48 zł

Różnica 952,72 zł

111 zł podatek (który częściowo można odzyskać)

390,40 zł oddajemy na przyszłą emeryturę i to bardziej wirtualnie niż dosłownie, bo tak naprawdę oddajemy na bieżące emerytury. Ja już nie wierzę, że dostanę emeryturę od państwa.

155,32 zł - wrzucamy do studni Narodowego Funduszu Zdrowia

299 zł wywalamy w pozostałe składki nie wiedząc dokładnie komu i ile. To prawie trzy razy więcej niż podatek.

Życzę każdemu wysokiego podatku dochodowego. Sobie też.   

 

* z pamięci wydobywam, bo książkę zaczytałam na śmierć 30 lat temu. Treść może była inna, ale szachownica i ziarna występowały.

czwartek, 30 marca 2017
podział obowiazków

Pierwszy raz odczułam, że Lolka się wyprowadziła, kiedy nie mogłam znaleźć żelazka. (Po co mi było żelazko???) Zadzwoniłam więc z grzecznym pytaniem:

-  Córuś, gdzie jest żelazko?

- Mamuś, ja tam nie mieszkam od roku – westchnęło dziecko, zmęczone najwyraźniej pytaniami o miejsce pobyty przeróżnych rzeczy

-  Kochanie, ale w ogóle to mamy żelazko, tak?

- Mamy, matko moja jedyna, nie zapomniałabym o nim przy przeprowadzce, bo to bardzo dobre ruskie żelazko. Ciężkie i samo prasuje.

Drugi raz odczułam, że Lolka już ze mną nie mieszka, kiedy przechodząc obok lustra poczułam coś dziwnego. Jakby błąd w matrixie.  Lustro zasadniczo powinno pokazywać odbicie, to jego praca, tak? Otóż moje się zbuntowało i przestało odbijać a zaczęło przedrzeźniać. Spróbowałam łagodnie przemówić, że z takimi ambicjami to niech idzie do cyrku pracować, ale pozostało niewzruszone. Postanowiłam umyć. To nie był dobry pomysł, bo okazało się, że mam więcej zmarszczek niż myślałam. Zadzwoniłam do córki z pretensją. Że mnie rozpuściła i że nie lubię luster. Ona na mnie systematycznie fuka, że zawyżyłam jej standardy czystości podłóg (no heloł, po podłodze chodzę bosą stopą) ale tym razem się uśmiała i obiecała, że jak przyjedzie to umyje mi okno.

- Nie! Absolutnie! Albo umyjesz mi wszystkie albo nie tkniesz żadnego – zreflektowałam się w sekundę – przecież jak umyjesz jedno to ja zobaczę różnicę.

 

 

 

 



wtorek, 28 marca 2017
co innego na myśli

Rzuciłam palenie w listopadzie 2012 r. Tydzień później byłam u spt na imprezie, emocjonalnie pogubiona z kilku powodów, ale szczęśliwa, że nie palę. I pewna na stówę, że już nie zapalę. W związku z tym, że akurat umarła mi Mamut i jeszcze nie wiedziałam, co na ten temat myśleć, to dla zagłuszenia mówiłam o swoim niepaleniu wręcz z egzaltacją. Im większy sceptycyzm widziałam w oczach rozmówcy, tym bardziej się zapalałam, że tym razem NAPRAWDĘ nie wrócę do palenia.

Rozumiem niedowierzanie słuchaczy, bo historię rzucania palenia miałam barwną i długą. Właściwie wcześniej rzucałam palenie co jakiś czas. Na miesiąc, na trzy, na wakacje na czas ciąży i karmienia itp. Za każdym razem skutecznie:). 

Co się zmieniło, że tym razem byłam tak bardzo pewna po TYGODNIU?

Wiecie, że jestem świruską (dlaczego mi to podkreśla jako błąd?) na punkcie precyzji wypowiedzi. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że precyzja wypowiedzi to podstawą komunikacji. Nikt nie uczy, że każde słowo ma znaczenie i ono nie jest zależne od naszych intencji. Nikt nie uczy odpowiedzialności za słowo. Ale to zupełnie oddzielny temat, który prowadzi do wniosku "dziennikarstwo zeszło na psy upadło na dno" i ja nie o tym.

Drugie  - ważniejsze - to moja niezachwiana wiara w MOC słów. Słowa mają swoją energię, siłę działania i zgodni są co do tego psycholodzy, neurobiolodzy i inni naukowcy.

No i dlatego właśnie nie "rzuciłam palenia". Odwróciłam w głowie sposób myślenia i nastąpiło "pstryk i światło". Wcześniejsze rzucania palenia wiązały się z wysiłkiem, z poczuciem straty i ograniczeniem. Ja naprawdę byłam pewna, że lubię palić, że sprawia mi to przyjemność. To nieprawda. Fraza "lubię palić" jest klasycznym przeniesieniem. Nie „palić” lubiłam, tylko towarzystwo moich palących przyjaciół. Nie papieros sam w sobie sprawiał mi przyjemność, ale kontekst, z którym się wiązał.  Wdychanie dymu, dajcie spokój, to nie jest fajne! To jest cena jaką się płaci za kilka minut relaksu. Te same kilka minut wyciszenia, ale bez papierosa smakuje dużo lepiej. (Moja przyjaciółka, która rzuciła palenie w tym samym czasie, jeszcze przez kilka miesięcy chodziła na imprezy z papierosem i trzymała go  między palcami nie zapalając go. Bo trzymanie papierosa, dodawało jej pewności siebie. Wiedziała, co z rękoma zrobić.)

I kiedy to  zrozumiałam, poczułam ULGĘ. Bo zostawiłam sobie wszystkie "lubię" bez papierosa i bez ograniczeń dla stref dla palaczy, bez ekwilibrystyki planowania wszystkiego tak, żeby papierosów nie zabrakło i żeby znaleźć na papierosa czas i miejsce. Nie zabrałam sobie niczego - uwolniłam się.

Piszę  o tym, bo ostatnio mam trochę do czynienia z trenerami rozmaitych specjalności. Uczę się być trenerką w swojej branży  i co i rusz słyszę, że warunkiem rozwoju jest "wychodzenie ze strefy komfortu". 

A dalej mi jazda od mojej strefy komfortu!

Nie po to ją sobie buduję, żeby ją porzucać w imię gromadzenia niekomfortowych doświadczeń. Ja rozumiem przesłanie, wiem co autor miała na myśli, ale buntuję przeciw użyciu SŁÓW, które niosą za sobą konkretne znaczenie.  Co to jest komfort? To sytuacja (miejsce), w której czuję się dobrze, wygodnie, bezpiecznie, szczęśliwie. Moja córka, mój dom, moja praca, moi przyjaciele to moja strefa komfortu. Moja potrzeba rozwoju sprawia czasem, że mi strefie  komfortu ciasno i wtedy się rozpycham. Ale nie „wyszłabym” z tego za żadne skarby. Semantyka.

Żyjemy w  smutnym społeczeństwie, zastraszonym, podzielonym, narzekającym i pod wieczną presją. Tak mało w nas pewności siebie, radości, ufności i życzliwości skoro komfort rozumiemy jako odizolowaną od świata mentalną kanapę, z której trzeba wstać, żeby życie poczuć. Nie, nie, nie. Komfort to nie pułapka ani więzienie.

Komfort jest dobry. Dbajmy o niego.   



piątek, 24 marca 2017
czy powinna mnie interesowac podstawa prawna?

Czytałam jakiś artykuł o facecie, który przez przypadek podpisał korespondencje służbową sygnaturą swojej koleżanki po fachu. Zdziwił się bardzo, że został przez klienta potraktowany pretensjonalnie. W ramach eksperymentu podpisywał się jako kobieta przez tydzień. Po tygodniu doszedł do wniosku, że był to najgorszy okres  w jego karierze zawodowej. Nigdy wcześniej nie miał do czynienia  z tyloma klientami, którzy podważali jego kompetencje, próbowali się z nim umawiać lub zwyczajnie nie brali poważnie tego, co pisał.  Zdziwiła się też jego koleżanka, bo przyzwyczajona do takiego traktowania, była pewna, że to element specyfiki zawodu.

Jestem specjalistką w swojej dziedzinie. Kontakt  z klientami w moim przypadku, to nie jest zwyczajna obsługa klienta (która jest trudniejsza i rządzi się nieco innymi prawami). Dostaję pieniądze za to, że „wiem lepiej” albo „wiem, gdzie szukać” i potrafię swoje „wiem” obronić.  Starych klientów już przekonałam i  mi wierzą ( „starzy” czyli tacy, którzy już jakąś kontrolę ze mną przeszli). Czasem dzwonią, żeby zweryfikować to, co „internety mówią” albo ”w telewizji słyszeli”, ale szanują mnie i mój czas. Na co dzień jednak mam nieustający korowód niedowiarków, „wydaje-misiów”, dyskutantów, „ale wszyscy tak robią”, „a szwagier mówił” i tym podobnych. Ostatnio usłyszałam od faceta:

- Niech panią nie interesuje podstawa prawna, skoro ja tak robię, to znaczy, że mam prawo.

Jak się rozmawia o kulturze gwałtu, o przemocy w rodzinie o molestowaniu, to mężczyźni podnoszą raban, że oni TEŻ są bici, gwałceni i molestowani i o tym się NIE MÓWI. Nie wątpię,  że są i należy o tym mówić, ale spójrzmy na  statystyki i skalę. Ile razy w tym tygodniu, drogi mężczyzno, słyszałeś aluzje do seksu od osoby, którą zupełnie nie byłeś zainteresowany?  

Identycznie jest z niedocenianiem kompetencji. Wierzę, że mężczyźni też bywają deprecjonowani, ale w nieporównywalnie mniejszej skali.  Kiedyś przez przypadek zgadałam się z pewnym prawnikiem o wspólnym kliencie. Powiedziałam o nim, że jest trudny,  bo krzyczy i zastrasza dziewczyny, że musiałyśmy sobie na nim przećwiczyć i udoskonalić asertywność.  A ten prawnik zdziwiony:  „Jak to? W życiu! On nigdy głosu nie podnosi”. Zaczęłam zwracać uwagę na zjawisko.

Zauważyłam, że mężczyzna bez wstydu dyktuje stawki. Kobieta jak ma wycenić swoją prace, to w większości przypadków żąda mniej. A może to tylko ja tak mam? 

Od godziny się gryzę,  ile sobie zażyczyć za przeprowadzenie egzaminu branżowego? 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29