twierdzę , wątpię , pytam
czwartek, 22 lutego 2018
jak zepsuć miły wieczór


Ostatnio zaproszono mnie na babski wieczór.
- Kochana, na razie będę żyć, robię imprezę – zadzwoniła  Ośka   –  chłopaki idą w miasto a my będziemy miały wolną chatę. Małe grono:  Ala, ta która była wtedy w szpitalu, Julka -   znajoma jeszcze z czasów szkolnych i Kaśka -  być może teściowa mojego syna – w trakcie trudnego rozwodu. Przydasz się, bo potrafisz ustawić do pionu. Jeść zrobię, wino kupię i pogadamy.
Mnie na jedzenie i wino namawiać dwa razy nie trzeba.
Pojechałam.
Jedzenie super. Ośka pierwszy raz po chemioterapii mogła się wina napić. Włosy jej odrastają, dochodzi do siebie. Przetrwała ona i jej małżeństwo. Poprzymierzałyśmy peruki, porobiłyśmy zdjęcia (zdecydowanie rozjaśniam włosy) i zaczęłyśmy o facetach gadać w duchu: A mój to wyobraź sobie … No coś ty! Faceci!
No to podzieliłam się historią, która podzieliła imprezę.
Otóż
Zaprosiłam do domu byłego faceta. Rozstaliśmy się  wiele lat wcześniej, emocje dawno opadły, zostały miłe wspomnienia i „słabość”. Spotykaliśmy się co jakiś  czas niezobowiązująco.   Żadne „friend with benefits”, żeby nie było. Zwyczajna, miła znajomość z przeszłością. Kawa, wino, orzeszki, żadnej celebry, domowe ciuchy. Może odrobinę flirtowaliśmy, ale nie bardziej niż zwykle. Wieczór upłynął szybko wśród opowieści śmiesznych i smutnych. Życie.  Zrobiło się późno.
- Nie chce mi się wychodzić – powiedział
Zimno, ciemno i do domu daleko, więc wzięłam to za dobra monetę.
- Ależ spokojnie możesz zostać i przespać się na kanapie – zaproponowałam
Nic mnie nie zaniepokoiło. Nic. Dałam mu ręcznik, pościel, życzyłam dobrej nocy i poszłam do sypialni.

Tu dziewczyny zareagowały dwojako (pamiętacie, że opowiadam historię na babskiej imprezie?):
- Och, jak cudownie! - z jednej strony
- Już mi zimne dreszcze latają po plecach  - z drugiej

(Spokojnie – to żadna z tych historii. Nic się nie stało)


On wstał skoro świt, zrobił śniadanie i wparował mi do pokoju z tacą:
- Zamawiała pani jajecznicę?
 To wykraczało poza naszą relację.  Zrobiło  się  niezręcznie. Ja się w niezręcznych sytuacjach męsko-damskich poruszam z gracją słonia głaszczącego delikatne męskie ego. A poza tym nie znoszę jeść w łóżku. 
- Nie wygłupiaj się, niczego nie zamawiałam, sio z mojej sypialni – wymamrotałam i przekręciłam się na drugi bok. Jednak zasnąć już nie mogłam.
 Wstałam zrobiłam dwa kubki kawy.
- Słuchaj, to był fajny wieczór, dziękuję Ci bardzo, ale wypijemy kawę  i mógłbyś się zacząć zbierać. Nie chciałabym Cię poganiać jakoś przesadnie, mam plany – tłumaczyłam się
- A jakie masz plany? – zapytał   
- Wychodzę wieczorem a chciałabym jeszcze ogarnąć mieszkanie i siebie – tłumaczyłam się niepotrzebnie
- Ależ zupełnie się nie przejmuj, pomogę Ci
I tu się zorientowałam, że mnie nie słucha, tylko realizuje swoją wizję. Rzeczywistości nam się rozjechały.
- Nie chcę żebyś mi pomagał chcę, żebyś wyszedł – zirytowałam się
Pomyślałam, że się obrazi. Spodziewałam się dyrdymałów o tym, że „on nie rozumie kobiet” i focha. Ale on nie tylko przestał słuchać ale też przestał słyszeć.
- Kocham Cię – zaczął idiotycznie  – już wcześniej chciałem Ci powiedzieć. Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu
- Nie denerwuj mnie –  w głowie rozdzwonił mi się alarm – żadne „kocham”, żadne „najważniejszą”. Nie chcę teraz rozmawiać ani o miłości, ani o nas, ani o niczym innym. Chcę, żebyś wyszedł.
Nie będę się wdawać w szczegóły, ale sytuacja robiła się coraz bardziej surrealistyczna, a ja coraz bardziej bezradna. On się zafiksował na „musimy porozmawiać” a ja na „proszę  cię, wyjdź”. Po kilku godzinach bezsensownej  przepychanki zadzwoniłam na policję.
- Proszę o interwencję. Podaję adres (…). Mężczyzna w moim mieszkaniu - nie chce wyjść, boję się. Nie, nic mi nie zrobił, ale boję się. Nie obcy, znajomy. Wpuściłam, ale nie chce wyjść  i się boję. Trzeźwy. 

- Zwariowałaś chyba! – w końcu dotarło do niego,  co mówię -  Jak możesz? Nigdy bym ci krzywdy nie zrobił, wiesz o tym.
- Właśnie teraz mi krzywdę robisz
- Wariatka! Jesteś kompletną wariatką
 Wyszedł zanim przyjechał patrol, uff.   

- Naprawdę  to zrobiłaś?  Tak zupełnie nic do niego nie czujesz?! – nie mogła uwierzyć Julka.
- Jak to „nic nie czuję”? – obruszyłam się – mnóstwo rzeczy czuję! Znamy się prawie  dwadzieścia lat, kiedyś byliśmy razem. Pewnie, że czuję. A nie dziwi Cię jak on mógł to zrobić?!
- Może on Cię naprawdę kocha?
- Gówno „kocha” – zdenerwowałam się – Jakby mnie kochał, to by mnie brał pod uwagę.  

No i się rozpętała dyskusja. Zareagowałam histerycznie czy wykazałam się wzorową asertywnością?


wtorek, 30 stycznia 2018
przypominajka

Gdybym w ramach dokopywania sobie, miała wyrzuty sumienia, że załatwiam prywatę w czasie pracy, to melduję posłusznie, że wyszłam z pracy o 22:40. Mam nadzieję, że jutro nie wyjdę później. Od tygodnia nie wróciłam do domu przed dwudziestą pierwszą (włączając weekend). Taki charakter. Charakter pracy oczywiście, bo ja to przecież jestem podobno leniwa. "Zdolna ale leniwa" - taka łatka od podstawówki. Mam zadanie do wykonania i akurat trafiłam na kumulację deadlinow. IWA, PIT-4R, PIT-8AR i jeszcze listy płac, których nie można zrobić "na podstawie poprzedniego miesiąca", bo przełom roku.

Moja asystentka, moja prawa ręka, moja złota Ewuś (tylko dziecku mówię częściej, że kocham), rozchorowała mi się i musiałam wygonić do lekarza (tak, ją trzeba wyganiać, bo to jest dzieciak z takim poczuciem obowiązku, że pół-martwa, z gorączką, na ostatnich nogach chciała ZDALNIE pracować)

- Absolutnie bierz lekarstwa i do łóżka! Dam sobie radę. Potrzebuję Cię zdrowej, więc skup się na dbaniu o siebie. 

I jak we fraszce Kochanowskiego, dopiero teraz zobaczyłam, ILE ONA ROBI! Nie, żebym nie doceniała wcześniej. Doceniam, uwielbiam i chwalę. Odkąd pracujemy razem, widzę, że poszła do przodu jak burza i wykonuje coraz bardziej odpowiedzialne zadania. Dziś zagarnęłam z innego działu do pomocy dwie dziewczyny (fakt, że zupełne świeżynki) i we trzy ledwie wyrobiłyśmy się w czasie w z tym, co Ewuś robi sama.

Jutro termin ostateczny, została mi jeszcze 1/4 deklaracji do wysłania,  a Ewie kazałam zostać w domu.  Oczywiście, dam radę, ale mam dwa wnioski:

1. o Ewuś muszę zadbać bardziej

2. bez skrupułów w chwilach luzu, będę pisać w pracy blog:). W marcu. Albo w maju.

Idę spać, jutro ciężki dzień.





sobota, 27 stycznia 2018
kryzys roku siódmego

Hanę poznałam ponad 15 lat temu na jakimś szkoleniu branżowych, z którego razem uciekłyśmy po podpisaniu listy i poszłyśmy do restauracji hotelowej na kawę. Rzadko się spotykałyśmy, bo dzieliło nas 100 kilometrów. Ale utrzymywałyśmy kontakt. Jak znam siebie to raczej Hana utrzymywała, bo ja naprawdę jestem kiepska w dbaniu o przyjaciół na odległość. To znaczy owszem staram się mieć czas i zawsze się cieszę z kontaktu i tęsknie bardzo, ale nie dzwonię. Nie znoszę dzwonić.  Przepraszam.

Od siedmiu lat pracuję z Haną. Uściślając – od siedmiu lat Hana jest moją szefową. I najbliższą przyjaciółką. Nie dość, że niemal codziennie widzimy się w pracy to jeszcze mieszkamy kilkaset metrów od siebie. Ostatnio miałyśmy kryzys w komunikacji za sprawą jednego trudnego klienta. Już mi się gromadziła na nią złość, już zaczynało tańcować poczucie krzywdy ("jaka ona niesprawiedliwa") z poczuciem winy ("jaka ja jestem nieszczera")

- No jak mnie wkurza jak Ty tak lecisz i nie słuchasz! – powiedziała mi któregoś dnia – przyjdź do mnie z kalendarzem i zapisz: „policzyć do trzydziestu zanim wyjdę od Hany albo zanim się rozłączę”

Zapisałam i zaczęłam liczyć. W złości na początku i nieco ostentacyjnie, ale pomogło. To kwestia zaufania oczywiście, bo nikt inny by mnie nie zmusił do tak absurdalnej czynności.  Dogadałyśmy się z czasem i wobec trudnego klienta mamy wspólny front. Kryzys zażegnany.  

Przeglądając archiwalne pamiętnikarskie zapiski trafiłam na taki fragment z 6 marca 2009 roku

„Jak zaczynam się zapadać, to ratują mnie kalendarz i plan. No ci, co mnie znają, to się pewnie uśmiechnęli przy słowie "plan". Najgorsza w zapadaniu jest spirala autodestrukcyjnych myśli. Zaczyna się od "tracę czas" a potem już z równia pochyła:
„nic nie robię”
„nic nie umiem”
„do niczego się nie nadaję”
„lepiej by było, gdyby mnie nie było”

„co zrobić, żeby mnie nie było”

 

Od lat  (od urodzenia Lolki) staram się, żeby na etapie "nic nie robię" włączyć do walki kalendarz i do etapu myśli samobójczych w ogóle nie dochodzę. Zapisuję codziennie, co zrobiłam dobrego i co zamierzam zrobić jutro, aż do pozbierania się. Pierwsze „plany” wyglądały tak:
wstać rano i zawieźć córkę do szkoły, napalić w kominkach,oddychać.
Wieczorem zapisywałam: wstałam, odwiozłam, oddychałam.  

Jutro przebiorę się rano z pidżamy w ubranie i zrobię zakupy. Umyję włosy wieczorem. Jutro nie wezmę nic na sen. Przyjaciele? Nie mam ich w planie.”

 

Ostatni TAKI kalendarz mam z 2011 roku. Zapomniałam o nich zupełnie. To oddychanie w planie to nie figura retoryczna, tylko konkretna czynność. To, że się ZAPADAM rozpoznawałam miedzy innymi po tym, że przestawałam oddychać. Znaczy nabierałam powietrza i funkcjonowałam na zatrzymanym wdechu, aż zaczynałam się dusić. To na pograniczu świadomości się odbywało. Musiałam się pilnować, żeby tego nie robić. Ten dowcip o tym, dlaczego blondynka umarła, jak zdjęła słuchawki, nigdy mnie nie śmieszył. Mnie by się nagranie z instrukcją: „wdech – wydech, wdech – wydech …” bardzo wtedy przydało.

 

Druga refleksja: Miałam doskonale wypracowaną umiejętność uciekania na emigracje wewnętrzną nawet przed przyjaciółmi. Nie bardzo umiałam mówić o tym, że coś złego się dzieje, bo nie umiałam tego zdefiniować. Rozmawiać o problemach umiałam dopiero na etapie, kiedy już widziałam światełko w tunelu a najlepiej, kiedy miałam już sposób na rozwiązanie problemu. Nie mam przyjaciołom za złe, bo nie można pomóc komuś, kto się tak bardzo boi, że ucieka. Zwłaszcza na odległość. A przyjaciół zawsze miałam daleko.

Hana jest blisko. Czasem mnie wzrusza, czasem denerwuje, różnimy się bardzo. Mogę od niej odpoczywać, ale od niej nie uciekam. Już się nie boję. 

Trzecią refleksję sformułowałam dawno temu przy rozrachunku z Mamutem. Cierpienie nie uszlachetnia, cierpienie budzi najgorsze instynkty. A mój przykład jest kolejnym dowodem na to, że człowiek w cierpieniu jest bezwzględnym egoistą gotowym poświęcić resztkę sił na oszukiwanie najbliższych. Dlatego jak po różnych, szokujących opinię społeczną samobójstwach pada dramatyczne pytanie:

- Gdzie byli rodzice? Gdzie byli przyjaciele? Sąsiedzi? Opieka społeczna?

- ... - nie śpieszę się z oceną

 

 

 

 


poniedziałek, 22 stycznia 2018
jak sie bawi, jak się bawi wojewoda w Olsztynie

PiS przeforsował w 2016 roku ustawę dekomunizacyjną. Zobowiązywała ona wszystkie samorządy do zmiany w ciągu roku nazw ulic, które mają związek z komunizmem. Jeśli radni w gminach nie zrobili tego z własnej woli, patronów mógł wskazać wojewoda. Olsztyński wojewoda zmienił między innymi nazwę ulicy "Pstrowskiego" na  "Żołnierzy 5. Wileńskiej Dywizji Armii Krajowej". Problem w tym, że nowa nazwa nie mieści się w formularzach wydziału komunikacji i na przykład nie można zarejestrować samochodu. 46 znaków. Słownie: czterdzieści sześć.

Urzędniczka rozłożyła bezradnie ręce:

- Nie pan pierwszy ma problem, chodzą słuchy, że zmienią nazwę jeszcze raz

 

Mam nadzieję, że ulica Puszkina jest bezpieczna. Na razie.



piątek, 19 stycznia 2018
rozmówki rodzinne

- Twoje dziecko - pisze moje dziecko - nie potrafi znaleźć sklepu z butami nawet jak ma go przed nosem, ale tanie książki wywęszy wszędzie.

- Z genami nie wygrasz - odpowiadam

Ja ją znam.

- Przepraszam - dopisałam

środa, 17 stycznia 2018
nudna praca

Słyszałam wiele razy, że praca w księgowości to nudy. Nuuudy. Nie wierzcie w to. Mam przyjaciółki w biurze rachunkowym. Przestałam być księgową z dziesięć lat temu, bo to jednak nie na moje nerwy. Zostałam przy kadrach i też bywa ostra jazda bez trzymanki. 

Moja przyjaciółka prawniczka kocha "Na dobre i na złe" a nie znosi wszelkiej maści seriali prawniczych, bo mówi, że się nijak mają do jej prawdziwej pracy. Znajomy lekarz ma dokładnie odwrotnie, w serialach medycznych wkurza go to oderwanie od rzeczywistości za to "Prawo Agaty" owszem lubi. Nie przyzna się publicznie, ale lubi (Agnieszka Dygant go kręci).  Pewna żona policjanta mówi, że owszem mąż ogląda czasem amerykańskie seriale o pracy policji, ale płacząc, zużywa przy tym paczkę chusteczek. Prawidłowość jest mniej więcej taka, że scenariusze piszą laicy,  którzy sobie oczywiście pracę lekarza, policjanta czy prawnika wyobrazić potrafią. Im mniej wiedzą, tym odważniej sobie wyobrażają.    

Nie ma serialu o biurze rachunkowym.

Niesłusznie, ładnie łączyłby wszystkie trzy branże.   

A tymczasem wczoraj do pewnego biura rachunkowego weszła policja (departament do spraw przestępczości gospodarczej) z prokuratorskim nakazem zabrania całej dokumentacji firmy X. Pracownice nie stawiały oporu, nie utrudniały czynności, więc dwaj całkiem przystojni panowie chętnie dali się namówić nie tylko na kawę i ciastko, ale też na pomoc. W rezultacie  dziewczyny przygotowały dokumenty do oddania a panowie  przy kawie zaczęli „sypać”. Że to paskudna sprawa. I że za kare ich oddelegowali. Nikt nie chciał ścierwa tykać kijem do szczotki, ale udziałowcy wzajemnie złożyli na siebie doniesienie o działanie na szkodę spółki, zawiadomienie o przestępstwie defraudacji majątku spółki, nękania, zniesławienia, zakładania nielegalnych podsłuchów i inne. 

A to wszystko miłość, moi drodzy. Historia zaczyna się na jednej z plaż półwyspu Iberyjskiego, kiedy to piękna, długonoga, niebieskooka i blond-włosa  rodaczka na wakacjach  poznaje ognistego Hiszpana. Piorun sycylijski, bratnie dusze, te sprawy. Ona wróciła do Polski zakochana a on dołączył do niej kilka miesięcy później. Rozwiedli się z dotychczasowymi partnerami i  założyli razem firmę X. Ach! Co to była za lovestory! Firma kwitła nie gorzej niż ich miłość. W międzyczasie on zadomowił się w Polsce, kupił posiadłość, w której oczywiście mieli mieszkać razem, ale na razie przeprowadził się sam, żeby dopilnować remontów, dekoracji wnętrz gniazdka.  I mogłoby tak trwać, gdyby pewnego dnia nie przyszła do Onej pewna pani stomatolog- protetyk  i nie rzekła:

- Moja droga, załatwmy to między sobą. On Cię już nie kocha, jest z Tobą wyłącznie dlatego, że łączy was firma i jakiej wspólne zobowiązania. Nie chcę wdawać się w szczegóły, więc mam propozycję. Zapłacę Ci to, co On jest Ci winien i go puść. I niech to zostanie między nami.  

Ona, która się jeszcze nie otrząsnęła po ostatniej upojnej nocy, najpierw zbladła, potem poczerwieniała a potem trafił ją potężny i imponujący szlag.

- No chyba kurwa nie!

Zaangażowała detektywów, zrobiła prywatne śledztwo  i kilka tygodni z  jego wynikami udała się do pani stomatolog. Okazało się, że ognisty Hiszpan bynajmniej się nie ograniczał i kochanek miał kilka. Jakaś dyrektor oddziału banku,  kierowniczka działu podatku VAT w US, ważna urzędniczka w urzędzie gminy. Obie panie zaprzyjaźniły się i pojechały wspólnie na urlop do Egiptu, żeby od wiarołomcy uciec.

Już jednak wiemy, jak gorący piasek działa na Oną. Przywiozła sobie z Egiptu 10 lat młodszego przewodnika wycieczek.  Hiszpanowi rzuciła w twarz zdjęcia z innymi paniami i sucho oświadczyła, że od tej pory łączyć ich będą wyłącznie kwestie zawodowe. Nowego kochanka - nazwijmy go Przewodnik - zatrudniła w firmie na wysokim stanowisku.  

Hiszpan najpierw się kajał i przepraszam a jak przyłapał Przewodnika na rozkosznym tête-à-tête z niedoszłą narzeczoną to teraz jego szlag trafił.

No i od kilku miesięcy mamy wojnę państwa Rose. Robią sobie publicznie awantury,  śledzą się , podsłuchują, zbierają świadków. On wynajął kogoś, żeby obił Przewodnika, ona poradziła życzliwie kochankom, żeby zrobiły sobie badania pod kątem chorób wenerycznych. W rezultacie pewna dyrektor oddziału banku spoliczkowała go i kopnęła w przyrodzenie. Zabierają sobie samochody, blokują dostępy do kont, szkalują się wzajemnie przed kontrahentami i ... podobno znów ze sobą sypiają.

Pewnie nastąpi jakiś ciąg dalszy.  



poniedziałek, 15 stycznia 2018
moja córka się żeni

No może nie tak od razu, ślub w planach za jakieś półtora roku. Na razie nie ma dziewczyny tylko narzeczoną i pierścionek zaręczynowy.

- Powiedziałaś ojcu?

- Mamo, najlepiej będzie jak Ty powiesz ojcu.

Ślub w plenerze, wesele również. Lista gości około 80 osób. Siedem druhen w sukienkach w kolorach tęczy. W Polsce.

Formalnie pobiorą się gdzieś za granicą (może w Londynie, może we Frankfurcie; marga37 pomożesz, jakby co?), ale uroczystej ceremonii sobie nie odmówią. No to zakasuję rękawy i zbieram kasę. W końcu to moja ukochana jedynaczka. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34